UWAGA!
    WYPADEK

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Rozwiń
    UWAGA!
    Zwiń

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Do śmiertelnych wypadków w Białymstoku dochodzi rzadko. Przypominamy te najtragiczniejsze

    Agencja towarzyska pod nadzorem studentki. Za godzinę uciech...

    Agencja towarzyska pod nadzorem studentki. Za godzinę uciech pobierała 200 zł.

    Ewa Gorczyca e.gorczyca@nowiny24.pl

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Nocny nalot CBŚ i Straży Granicznej na Babilon w listopadzie 2008 roku.

    Nocny nalot CBŚ i Straży Granicznej na Babilon w listopadzie 2008 roku. ©Fot. Archiwum policji

    Ewa K. zaczynała jako tancerka w agencji towarzyskiej. Kiedy została szefową, zatrudniła Polki i Ukrainki. Dziewczyna za półgodziny uciech inkasowały 150 zł, same dostawały 60 zł. W jedną noc mogły zarobić nawet 800 zł.
    Nocny nalot CBŚ i Straży Granicznej na Babilon w listopadzie 2008 roku.

    Nocny nalot CBŚ i Straży Granicznej na Babilon w listopadzie 2008 roku. ©Fot. Archiwum policji

    Na ławie oskarżonych zasiądzie aż 36 osób. Wszyscy mają zarzut czerpania korzyści z prostytucji. Szefem dobrze prosperującego interesu był 39-letni mieszkaniec Jasła, Krzysztof B. Jego prawą ręką - Ewa K., studentka z Krosna.

    Na jednym z portali społecznościowych 25-letnia Ewa K. napisała o sobie: "Całkiem niepoważna, ale mądra i rozsądna blondynka".

    Poznali się w agencji towarzyskiej Flamingo w Jaśle.
    Ona była tancerką, on - barmanem. Kiedy Krzysztof B. otworzył ze wspólnikiem podobny lokal w Krynicy Zdroju, ściągnął znajomą na bardziej odpowiedzialne stanowisko. Powierzył jej nadzór nad prostytutkami.

    Wkrótce Krzysztof B. postanowił uniezależnić się od wspólnika i założył nową agencję. Wybrał Krosno. Wynajął dom w willowej dzielnicy miasta, na uboczu, wyremontował. Zarejestrował pod tym adresem firmę. Oficjalnie: pokoje noclegowe i działalność rozrywkowa.

    W maju 2007 roku agencja towarzyska "Babilon" otworzyła dla wtajemniczonych swoje podwoje. Ewa K. została szefową. To ona zajmowała się egzekwowaniem zarządzeń bossa, wydawała polecenia pracownikom, nadzorowała zatrudnione w agencji dziewczyny, Polki i Ukrainki i pilnowała, by wszystko funkcjonowało jak należy. A w ciągu dnia studiowała.

    Nie mów, czym się zajmujesz


    Wszyscy wiedzieli, jak mają zachować się na wypadek kontroli - czy to policji, czy to straży granicznej, urzędu pracy, czy też wizyty osób z konkurencyjnych agencji. Na temat tego, czym rzeczywiście się zajmują, musieli milczeć. Pracownicy - ochroniarze mieli mówić, że kobiety nie są prostytutkami. W klubie pracują legalnie, jako tancerki. A jeśli nawet zdarza się, że chodzą "na pokoje" z klientami, to "jest ich prywatna sprawa".

    Dziewczyny rzeczywiście czasem tańczyły na rurze na życzenie klienta. Jednak podstawową świadczoną przez nie usługą był seks. Te, które pracowały, polecały swoje koleżanki. Kobiet do agencji szukano też przez ogłoszenia w prasie i internecie.

    Ewa K. prowadziła rozmowy kwalifikacyjne, informując na czym polega praca. Kilka kobiet trafiło do Krosna z Ukrainy. Krzysztof B. załatwiał im legalny pobyt i zgodę na pracę, Ewa K. przygotowywała niezbędne dokumenty. Na papierze figurowały jako tancerki, choreografki, instruktorki aerobiku. Umowę podpisywał na 1/4 etatu. Część z nich zwerbował w kijowskich agencjach towarzyskich Wadim I., znajomy Krzysztofa B. z czasów pracy we Flamingo. Ukrainki mieszkały w pokojach Babilonu. Polki dojeżdżały, zwłaszcza na weekendy, gdy ich usługi cieszyły się wyjątkowym wzięciem.

    Ewa K. przekazywała im zasady ustalone przez szefa. Stawki były jasno określone, dziewczyny nie miały też prawa dorabiać "na własną rękę".

    - Kobiety nie były zmuszane do prostytucji, godziły się na tego typu pracę. Ale jeśli któraś nie akceptowała warunków, musiała odejść lub była zwalniania - mówi Janusz Ohar, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Krośnie, która przez półtora roku prowadziła śledztwo w sprawie "Babilonu".

    Z wybranką na pokoje

    Klub otwierano o godz. 18. Zamykano nad ranem, gdy przybytek uciech opuszczał ostatni klient. Na wejściu każdy był oceniany przez ochroniarza pod kątem wieku, stanu trzeźwości, higieny i możliwości finansowych. W salonie klient mógł poznać kobiety, ustalić zakres i czas usługi, a potem z wybranką szedł na pokoje. Płatność była z góry, niekoniecznie gotówką, można też było zapłacić kartą.

    W czasie, gdy mężczyzna brał obowiązkowy prysznic, dziewczyna zanosiła pieniądze. Buchalterię prowadziła Ewa K. lub drugi z barmanów, Arkadiusz S. Czas, na jaki zapisał się klient, był ściśle przestrzegany. Ochrona dawała znać o tym, że zbliża się do końca dzwonkiem albo pukaniem do drzwi.

    Codziennie pracowało tu kilka prostytutek, a w okresie najlepszej prosperity nawet kilkanaście. Klient mógł też zamówić dziewczynę telefonicznie do domu czy hotelowego pokoju. Agencja płaciła 20 zł recepcjonistom, którzy zamówili panienkę dla gościa. Miała też w Krośnie i Sanoku zaprzyjaźnionych taryfiarzy. Wśród nich kilku zaufanych, sprawdzonych - taki taksówkarz pełnił rolę ochroniarza.
    Wchodził z kobietą do klienta, sprawdzał, czy może czuć się bezpieczna, potem odwoził ją do agencji i przekazywał odebraną należność. Koszt taksówki pokrywał klient. Ale taksówkarz dostawał też dodatkowo swoją dolę od agencji - 40 zł za każdą godzinę.

    To Krzysztof B. ustalił ekonomiczne zasady funkcjonowania biznesu. On też decydował o podziale pieniędzy i ewentualnie przyznawał rabaty dla stałych klientów.

    Każda godzina seksualnej zabawy kosztowała 200 zł - z tego dla prostytutki przypadała połowa. Za pół godziny klient płacił 150 zł (kobieta dostawała 60 zł). Dziewczyny swoją należność otrzymywały na koniec "dniówki". Niektóre z nich przyjmowały po 6 - 8 klientów.

    - Były dni, w których agencję odwiedzało kilku mężczyzn. Ale były też i takie, zwłaszcza w weekendy, w których z usług korzystało kilkudziesięciu klientów - opisuje prokurator Ohar.

    Na delegację do agencji

    Przed fiskusem firma wykazywała legalne obroty. Do kasy nabijano usługi typu pokaz artystyczny czy pokaz taneczny. Wystawiano też faktury za rzekome noclegi. Takie otrzymali np. przebywający na delegacji w Krośnie pracownicy jednego z warszawskich banków, którzy skorzystali z usług agencji.

    Oczywiście to, co figurowało w dokumentacji podatkowej, nie odpowiadało rzeczywistym zyskom. Śledczy dysponują materiałami operacyjnymi, z których wynika, że np. Sabina, jedna z prostytutek sprowadzonych z Kijowa, za dwa miesiące w Babilonie przywiozła na Ukrainę 10 tys. dolarów. Jeden z ochroniarzy klubu, którego żona świadczyła w nim swoje usługi, powiedział prokuratorowi, że za noc zarabia 600 - 800 zł.

    Na znacznie mniejsze pieniądze mogli liczyć ochroniarze. Oficjalnie zatrudnieni w firmie na część etatu jako pracownicy biurowi i gospodarczy. Faktycznie dostawali po 6 - 8 zł za godzinę (pracowali ok. 10 godzin). Ewa K. - prawa ręka właściciela - miała umowę jako pracownik administracyjny. Miesięcznie na rękę dostawała tylko ok. 845 zł. Do tego napiwki i premię.

    Śledczy ustalili natomiast, że za jeden tydzień pracy prostytutek Joanna B., żona szefa (on był w tym czasie na kuracji w uzdrowisku) odebrała 17,5 tys. zł - i to już po wypłacie wynagrodzeń dla ekipy agencji. Zdaniem prokuratury małżonkowie w ciągu półtora roku funkcjonowania agencji w Krośnie zarobili, co najmniej 250 tysięcy złotych.

    Czekają na proces

    Biznes zakończył się niespodziewanie w listopadzie 2008 roku, kiedy to CBŚ i Straż Graniczna zrobiły nocny nalot na Babilon. Zatrzymali wtedy Ewę K, ochroniarzy i barmanów. Szefa - Krzysztofa B. funkcjonariusze zaskoczyli w jego domu w Jaśle.

    Druga akcja - w czerwcu doprowadziła do zatrzymania kolejnych osób współpracujących z agencją. Dwóm ważnym członkom grupy (jeden z nich jest podejrzany o handel kobietami) udało się jednak uciec. Akt oskarżenia, który sporządziła po półtorarocznym śledztwie Prokuratura Okręgowa w Krośnie, właśnie trafił do krośnieńskiego sądu okręgowego. Krzysztof B. nie przyznaje się do winy.

    Ewa K. początkowo twierdziła, że jej rola polegała na uczeniu dziewcząt tańca. Dopiero podczas późniejszych przesłuchań wyjaśniła na czym polegała działalność agencji.

    36 oskarżonych czeka na rozpoczęcie procesu. Ewa K. na swoim profilu w internecie, pod hasłem: "Czym się aktualnie zajmuję", napisała: "Daleko od Krosna... Nowe miejsce, nowe możliwości".

    Czytaj także

      Komentarze

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama