Łukasz Pawlik – Lonely Journey (2016, wideo)

Łukasz Pawlik – Lonely Journey (2016, wideo)

Jerzy Doroszkiewicz

Kurier Poranny

Kurier Poranny

Łukasz Pawlik – Lonely Journey

Łukasz Pawlik – Lonely Journey

Nazwiska trudno się wypierać, szczególnie, kiedy ojciec dostał Grammy. W porządku, Łukasz Pawlik jest synem Włodka, ale nie odcina kuponów od sławy ojca, co najwyżej wypożycza muzyków.
Łukasz Pawlik – Lonely Journey

Łukasz Pawlik – Lonely Journey

Na razie postawił na brzmienia elektryczne i muzykę bliską fusion. Czyli jazz, ale komunikatywny, bliski polskim tradycjom tej muzyki, poczynając od determinacji Michała Urbaniaka, przez super przebojowość Air Condition Zbigniewa Namysłowaskiego, a kończąc na niebywałej melodyjności tematów komponowanych przez ojca. Wszak jabłko nie może za daleko paś ć od jabłoni, ale nie muzi też bliźniaczo trzymać się korzeni.


Wystarczy usłyszeć otwierający krążek utwór „Moonlight Dream – Chase”. Latynoski rytm, chwytliwa melodia, pięknie brzmiący saksofon altowy Dawida Główczewskiego i genialna, tu już zapożyczona od ojca, sekcja – Paweł Pańta na pięciostrunowym basie i mistrz Cezary Konrad za bębnami.



Wrażenie spotkania z dobrze znanymi dźwiękami wzmaga się przy kompozycji tytułowej. Oprócz brzmień elektronicznych tym razem Pawlik junior (ostatni raz używam tego określenia) sięga po bardziej klasyczne brzmienia fortepianu i zdaje się, że momentami słychać w jego akordach echa Lyle Maysa. Jakże uwodzicielska jest ta „Lonely Journey”. Momentami przypomina brzmienia znane z “Travels” Pata Metheny, ale temat saksofonu jakoś dziwnie kojarzy się z mazowiecko-świętokrzyskim rodowodem muzyka.

„Vibrance of the Coast” stawia na brzmienie elektrycznej gitary, na której gościnnie zagrał jeden z światowych tuzów – Mike Stern. Łukasz Pawlik wykorzystał muzyka nie tylko do zagrania autorskiego solo, ale przede wszystkim do grania oszałamiających riffów instrumentalnych. To, że Pańta z Konradem trzymają ekstatyczny rytm dla bywalców koncertów jazzowych jest oczywistością, zaś sam lider z niebywałą biegłością gra na fortepianie. Ma się wrażenie, że muzycy wręcz podkręcają się w studiu, sprawdzając, kto da z siebie jeszcze więcej, by wznieść tę kompozycję na wyżyny instrumentalnej maestrii.

Nieco inną od poprzednich utworów konstrukcję ma kompozycja „Triangular Bells”. Sugerując się tytułem chciałoby się rzec, że będzie to jazz rockowa fuzja na tematy znane z płyt Mike Oldfielda. To także pole do popisu dla basowych umiejętności Pawła Pańty. To jego nuty stanowią szkielet melodii podanej przez trąbkę dobrze w Polsce znanego Michaela „Patchesa” Stewarta. Dostosowując się do estetyki, Łukasz Pawlik sięga po piano elektryczne, a całość brzmi jakby powstała u schyłku lat 80., kiedy żył jeszcze Jaco Pastorius. To dopiero nostalgiczna podróż, pełna pięknych harmonii cicho sączących się z odsuniętych na drugi plan stringów.

Podobnie w „Night Safari”, można cieszyć się barwną grą Cezarego Konrada i tym razem cieplejszym, niż w poprzednim utworze, brzmieniem pięciu strun Pańty. Łukasz Pawlik w odkładach stosuje jakoweś elektroniczne marimby, ale jak na muzyczne safari przystało, przede wszystkim buduje w tej kompozycji intrygujące napięcie. Trudno się dziwić, że płyta powstawała w jego głowie przez kilkanaście miesięcy. Wszystko zostało znakomicie przemyślane, zarówno pod względem aranżacji, jak i doboru brzmień, które pomogą w malowaniu dźwiękami pełnych uczuć obrazów.

Następny utwór o wielkim potencjale instrumentalnego przeboju z pogranicza jazzu i wręcz muzyki popularnej to „Add Diction”. A to z racji na groove, jaki kojarzyć się może z wersją „Cantaloupe Island znaną z wersji US3. Jednocześnie mnóstwo w nim smooth jazzowej elegancji i iście jazz rockowego pazura. Do tańca i do posłuchania.

Niemal do korzeni, czyli do bluesa, sięga w swojej kompozytorskiej pracy Łukasz Pawlik w „Looking Back, Going Forward”. Trio brzmi fantastycznie i wtedy do głosu dochodzi Dawid Główczewski na saksofonie sopranowym i partie szemrzących stringów. Ale i tak wytrawne ucho złapie ten specyficzny klubowy klimat starych jazzowych mistrzów. To także jedna z najbardziej komunikatywnych partii fortepianu. Sam temat jest bardzo melodyjny, podany z nutą melancholii, ale bez umizgów. Ci faceci grają prawdziwą muzykę i nie wstydzą się, że wychodzi pięknie.

Krążek kończy „Swinging Through the Galaxies” – chyba najbardziej zanurzony w elektronicznym sosie, ale także z pięknym tematem podawanym przez trąbkę „Patchesa”. Łukasz Pawlik nie spoczął na napisaniu kilku chwytliwych nut, ale podzielił swoją kompozycję a części, wśród których znalazło się miejsce na swing, elementy latynoskie, solo na fortepianie elektrycznym i saksofonie sopranowym.

Realizowana w trzech studiach płyta finalnie została zmiksowana przez Jacka Gawłowskiego. Brzmieniem odwołuje się do historii Fusion, masteringiem i klarownością do współczesności. A sam Łukasz Pawlik? Ufam, że już pracuje nad kolejnymi kompozycjami. Zarejestrowana ósemka pozwala śmiało patrzeć w przyszłość nie tylko polskiej sceny fusion. Warto posłuchać, warto kibicować utalentowanemu jazzmanowi.

Komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Poranny.pl poleca

Wideo