Głośny temat molestowania w środowisku lewicowym to niespodziewany efekt akcji #MeToo, czy przeciwnie - można się było tego spodziewać?
Trochę jest to niespodziewane, bo kto by pomyślał, że dziewczyny, które tak długo na ten temat milczały, z pełną świadomością tego, jakie to zamieszanie wprowadzi w ich środowisku, w ich życiu, zdecydowały się powiedzieć o tym akurat teraz. I to dziewczyny ze środowisk lewicowych, gdzie deklaratywnie szacunek do kobiet jest większy. Gdyby człowiek był naiwny, to mógłby się tego nie spodziewać. Ale jeśli człowiek nie jest naiwny, to widział, co się działo wokół pisarza, pana Rudnickiego i jak gorliwie zaczęły go bronić same kobiety po tym, co powiedział.

WYWIAD | MOLESTOWANIE NIE BYŁO U NAS NAGANNE, NAZYWALIŚMY TO KOŃSKIMI ZALOTAMI. CZAS TO ZMIENIĆ

A powiedział, cytuję: „K… już są”, przywołując kolegę do kawiarnianego stolika, przy którym siedział z dziennikarką Anną Śmigulec i jej koleżanką.
Właśnie. Jeśli jest więc tak, że można bronić takich zachowań, to oznacza, że wstręt do nich jest teoretyczny.

Ale wracając do ostatnich wydarzeń, co Panią szczególnie zszokowało, zaskoczyło?
Pewne rzeczy już wyszły przy okazji hollywoodzkiego producenta filmowego Harveya Weinsteina, kiedy okazało się, że nawet osoby sławne, wpływowe i bogate latami pozwalały mu na poniżające traktowanie siebie. Ale to, co mnie zaskakuje w tej sytuacji, to może nie przyzwolenie na molestowanie, ale łatwe przejście nad nim do porządku dziennego. I to jest dla mnie szokujące. Zwłaszcza że dzieje się to w środowiskach, które ciągle pouczają inne kobiety, jak mają żyć i jak powinny układać swoje związki. „Odchodźcie od złych mężów, wychodźcie z toksycznych związków, bądźcie paniami swojego życia” - łatwo radzić, trudniej się do własnych rad dostosować. A przecież warszawskie feministki są w sytuacji diametralnie różnej od sytuacji wielu kobiet, którym tak chętnie organizowałyby życie uczuciowe. Kobieta na wsi, z trójką dzieci, finansowo uzależniona od męża i bojąca się środowiskowego ostracyzmu, ma dużo trudniej z podjęciem decyzji o zakończeniu przemocowego związku i jest w stanie znaleźć liczne powody, dla których sama przed sobą usprawiedliwia tkwienie w nim. Autorki demaskatorskiego listu do panów Wybieralskiego i Dymka nie miały żadnych rodzinnych, zawodowych, finansowych czy towarzyskich powodów, żeby się zmuszać do trwania w przemocowych relacjach. One miały wybór, którego często nie ma uzależniona finansowo od męża matka trójki dzieci z małej miejscowości. Moje współczucie dla nich jest więc dość ograniczone, bo w jakimś sensie wybrały własną bierność wobec dotykającej je przemocy.

Autorki listu do Wybieralskiego i Dymka nie miały powodów, żeby się zmuszać do trwania w przemocowych relacjach

Można by powiedzieć, że dawały sprzeczne komunikaty. Bo przecież właśnie śmiały się z tych dowcipów, które następnie skrytykowały.
Zupełnie inna jest sytuacja kobiety, którą molestuje szef, a która wie, że to jest jedyny zakład pracy w jej miejscowości i że jeśli odejdzie, to straci jedyne źródło utrzymania siebie i swoich dzieci. Tu rzeczywiście występuje element szantażu. Ale nie do pomyślenia dla mnie jest to, że bez żadnego szantażu można po takich zachowaniach normalnie traktować tych panów. Jeśli jest tak, że było to tajemnicą poliszynela, że towarzyskim żartem stało się uderzenie kobiety „z główki” i jedna z tych pań sama się z tego śmiała? To, że świadoma, dorosła kobieta, bez rodzinnych i finansowych obciążeń, której cała kariera nie zależy od tego jednego faceta, nie potrafi dać mu w pysk i wyjść, kiedy on na to zasługuje. Przy czym nic jej za to nie grozi, co najwyżej towarzyskie wykluczenie. Chęć bycia w tym środowisku, w tym towarzystwie, była większa niż poczucie godności. Nawet jeśli ta pani, jak mówiła, była pijana i nie mogła w pełni reagować, może zdarzają się takie rzeczy. Ale po fakcie, kiedy już było wiadomo, co się stało, nadal utrzymywać relacje? Ona i wszystkie osoby, które wiedziały, co się stało, po prostu kryły tych panów i utwierdzały ich w poczuciu bezkarności, pozwalającym im krzywdzić kolejne kobiety.

#metoo | Aktorki Karina Kunkiewicz i Sylwia Gliwa o molestowaniu seksualnym w polskim showbiznesie

Źródło: TVN

Co takiego więc się stało, że teraz te kobiety ujawniły to publicznie?
No właśnie, dziwi mnie, że to nie zadziałało wcześniej. Ale pewnego wieczora te panie zgadały się, że mają podobne doświadczenia, że jest ich więcej niż jedna, więc poczuły, że będzie łatwiej. I to też, muszę powiedzieć, jest dla mnie swego rodzaju wstrząsem, bo w Warszawie, w środowisku, gdzie teoretycznie nikt by im nie mówił: „Słuchaj, siedź cicho, bo skrzywdzisz naszego kolegę”, powinny móc liczyć na zrozumienie dla wykrzyczenia tych oskarżeń. A jednak nie było w nich poczucia bezpieczeństwa, że mogą się odciąć od takich zachowań i uchronić kolejne kobiety. Zresztą, one sygnalizują, że po ich artykule zgłaszały się kolejne. Nie była to sytuacja, w której ktoś gdzieś zachował się nieodpowiednio po alkoholu i tyle. To był po prostu taki styl funkcjonowania tych panów. I ten styl był możliwy właśnie dlatego, że te kobiety nie reagowały.

CZYTAJ TEŻ | AKCJA #METOO. MOLESTOWANIE PO POLSKU, CZYLI CO TE BABY WYMYŚLAJĄ

Podobnie było przecież z panem Rudnickim. W żenującej sytuacji znalazła się jedna dziennikarka, a potem okazało się, że w podobnej znalazła się i druga, Paulina Młynarska, którą znany pisarz też obraził. I to też wyszło dopiero teraz.
No tak. Przypominam sobie, że jakiś czas temu, kiedy Janusz Palikot był w polityce, i był ulubieńcem postępowych salonów, jednej z proszących go o wywiad dziennikarek „Rzeczpospolitej” odpowiedział w SMS-ie: „Ale nago i po dwóch winach”. Ona to ujawniła, ale nic się z tym dalej nie zadziało. Nie poszedł za tym ostracyzm, żadna nagana, żadna refleksja, że nawet jeśli jest naszym ukochanym Januszem Palikotem, teoretycznie nowoczesnym i postępowym, ale praktycznie seksistowskim burakiem, to powinniśmy go traktować stosownie do tego, co robi, a nie do tego, co głosi. Mam wrażenie, że zarówno w przypadku Rudnickiego, jak i innych tego rodzaju sytuacjach, oficjalnie głoszone poglądy służą za tarczę przed wytknięciem faktycznych zachowań. I to jest niepokojące. Ale przecież taka sama hipokryzja była też w przypadku Kuby Wojewódzkiego i pamiętnych słów o zgwałceniu Ukrainek.