Jako mała dziewczynka lubiła się przebierać, ale o karierze modelki nigdy nie myślała na serio. Dziś jej zdjęcia wiszą w galeriach handlowych na całym świecie, a ona przebiera w ofertach. Nikola Korniluk opowiada o tym, jak została modelką, której twarz znana jest na całym świecie.

Brałaś udział w sesjach zdjęciowych na całym świecie, dostałaś się do półfinału Miss Polonia 2017, jesteś związana ze znanymi markami. Jak to możliwe, że skromna dziewczyna ze Świnoujścia osiągnęła tak wiele i to w wieki 21 lat?

Po raz pierwszy propozycję z agencji modelek dostałam, kiedy miałam 16 lat. Byłam z rodzicami na Dniach Morza. Podeszła do nas kobieta z agencji modelek, dała mojej mamie wizytówkę i zaproponowała spotkanie.

To zabawne, bo wcale nie wyglądałam wyjątkowo dobrze. Byłam dość okrągła, ważyłam około 60 kg, miałam aparat na zębach, niechlujnie związaną kitkę (śmiech). Spotkałyśmy się z tą kobietą, ale to była niewielka agencja, która działała tylko za granicą. To nie brzmiało wiarygodnie, więc się wycofałyśmy. Moje zdjęcia wisiały, jak u każdej nastolatki na Instagramie, jakichś fotoblogach... Pewnego dnia odezwał się do mnie na Instagramie popularny fotograf i zaproponował sesję zdjęciową. Pomyślałam, że będę miała fajną pamiątkę. To było kilka dni po moich 18. urodzinach. Od razu zadzwoniłam do mamy, powiedzieć jej o wszystkim. Rodzice pojechali ze mną na sesję do Szczecina. Miałam 18 lat, ale wiadomo, że trzeba być ostrożnym. Zobaczyli kto to jest, byli spokojni. Sesja trwałą ok 2 godziny. Fotograf powiedział mi, żebym wzięła górę kostiumu kąpielowego, czarną koszulkę i krótkie spodenki. Tego samego dnia wieczorem, fotograf zamieścił w social mediach jedno ze zdjęć z sesji, zrobione całkiem przypadkowo. Następnego dnia zdjęcie ukazało się we włoskiej edycji magazynu Vogue oraz prośba o publikację całej sesji do magazynu NextDoorModelMagazine. Wszystko wydarzyło się w ciągu sześciu dni. Wtedy nadeszła fala propozycji z agencji modelingowych oraz próśb o spotkania w Warszawie. Po kilkunastu spotkaniach oraz dziesiątkach godzin rozmów, znalazłam tą której zaufałam. W sierpniu moja twarz zawisła na oficjalnej stronie agencji COMO Model Management.

Z tego, co mówisz szukanie agencji nie było łatwe.

Umówiłam się jednego dnia w kilku agencjach. Pojechałam z rodzicami do Warszawy. Byliśmy chyba w siedmiu agencjach, ale widząc umowy, byliśmy załamani. Podpisanie wielu z nich, to dramat dla początkującej modelki. Dziś troszkę inaczej patrzę na to, jak są skonstruowane umowy, bo trochę siedzę w branży, ale też wiem, że wszystko jest do negocjacji. W jednej agencji widniał zapis, że obowiązkowo, bez żadnych wyjątków muszę się pojawić na każdym castingu, na każdym spotkaniu w Warszawie. Przecież mieszkam 600 km od Warszawy i nie dostanę się w dwie godziny na miejsce spotkania, to wyprawa na cały dzień! Warunki były nie do negocjacji. Agencje brały ogromny procent od zarobków modelki. W Polsce norma to 20 procent. Agencje, które odwiedziłam z rodzicami, brały nawet do 60 procent! Mój tata powiedział mi, że oczywiście zrobię, co będę chciała, bo jestem pełnoletnia, ale mogę żałować decyzji. Trochę się boczyłam na rodziców, ale ich posłuchałam. Nie podpisałam żadnej umowy.

Agencje żerują trochę na modelkach, zwłaszcza młodych?

Niestety często tak właśnie to wygląda. Jeśli agencja ma wyłączność do mnie, muszę o wszystko pytać, zupełnie nic mi nie wolno. Nie mogę wrzucić na FB zdjęcia, które zrobił mi tata!

Ale udało się znaleźć coś odpowiedniego.

Fotograf, z którym wcześniej miałam sesję odezwał się do mnie po jakimś czasie, pytając, czy nie chcę współpracować z nim i jego koleżanką, modelką na stałe. Zakładali własną agencję. Umowa była bez kruczków, sprawiedliwa dla modelki. Podpisałam ją. Związałam się z nimi aż na dwa lata.

I wtedy się zaczęło... Wyjazdy, sesje, praca z najlepszymi.

W trzeciej klasie liceum dostałam niezwykłą propozycję. Wszystko mnie fascynowało. Dziewczyna z małej nadmorskiej miejscowości, jedzie do Warszawy pracować z najlepszymi. Nigdy nie zapomnę tego stresu przed moimi pierwszymi testami, które w dodatku były robione, przez jednego z bardziej popularnych fotografów w tej branży - Wiktora Franko. Po ukazaniu się zdjęć na stronie agencji pojawiło się zainteresowanie moją osobą. W listopadzie dostałam swoją pierwszą prace. Początkująca modelka, bez doświadczenia, posiadająca 5 zdjęć portfolio dostaje prace u prestiżowego projektanta, jakim był Robert Kupisz. Po tej sesji, wszystko ruszyło.

Jak pracowało się przy sesji Kupisza?

Wiadomo, stawki dla początkującej modelki są niskie. Było bardzo zimno, był już październik, a moje stroje były bardzo zwiewne i cienkie. Musiałam przez 10 godzin wytrzymać na szpilkach. To była dla mnie abstrakcja. Po ponad dziesięciu godzinach powiedziałam, że boli mnie kręgosłup i usiadłam. Dostałam ataku bólu, sparaliżowało mi prawą nogę. Okazało się, że to silny atak rwy kulszowej. Do tej pory odczuwam dyskomfort związany z tym. Ataki nawracają w najmniej oczekiwanych momentach. Wtedy zadzwoniono po pogotowie. Musiałam zostać w Warszawie na kilka dni, żeby móc wrócić do domu. Ta sesja, jednak przyniosła mi też wiele dobrego.

Trochę odcierpiałaś, ale chyba było warto. To, wydaje się, pomogło ci otworzyć drzwi do wielkiego świata.

W lutym 2015 roku zaczęłam być reprezentowana przez 11 zagranicznych agencji na całym świecie oraz pojawiłam się w kampanii marki Sizeer co uważam za moje największe osiągnięcie. W tym samym czasie udało mi się zdobyć dwa kontrakty. Marzenia się spełniały, rodzice pękali z dumy. W tym czasie udało mi się też pojechać dwukrotnie na direct booking do Madrytu. Wtedy już wiedziałam, że to zawód, który spełni wszystkie moje marzenia. Pierwszy raz leciałam samolotem, w dodatku sama, musiałam sobie poradzić w każdej sytuacji, zaufać osobie, która mnie odbiera z lotniska i jeszcze samodzielnie dojść do miejsca pracy i stawić się w nim o czasie. Pomimo, że wywoływało to u mnie ogromny stres, uwielbiałam go. Wyjazd do Madrytu otworzył przede mną drzwi. Udało mi się pracować dla trzech prestiżowych hiszpańskich magazynów modowych, z czego w dwóch pojawiłam się na okładce.

W ilu krajach byłaś już zawodowo?

W Tanzanii, Hiszpanii, Włoszech, Chinach, Korei, czyli w pięciu. Najbardziej podobało mi się w Chinach. Fascynuje mnie ta kultura. Pierwsze zderzenie nie było różowe. Po przyjeździe zadzwoniłam do mamy i powiedziałam - Mama, ja tu nie chcę być. Płakałam, ale nic nie dało się zrobić. Kontrakt był podpisany. Później się unormowało i pokochałam kulturę wschodu. W tym roku rozważałam znów wyjazd do Chin, ale chyba jednak odpocznę. Zawodowo wybiorę się tam w przyszłe lato.

To może jeszcze kilka słów o tym, co teraz. Czekamy na finał Miss Polonia, ale powiedz, jak się dostałaś do półfinału.

Kiedy pojechałam na casting półfinałowy w Warszawie na Miss Polonia, siedziałam jak wryta. Wszystkie dziewczyny były wymalowane, w butach na wysokim obcasie, miały odsłonięte brzuchy, miały doczepiane rzęsy. Ja jedna byłam zasłonięta od szyi po czubki palców. Miałam najzwyklejsze jeansy, t-shirt bez dekoltu i buty na delikatnym słupku. Nie pomalowałam się, a włosy miałam upięte w niechlujny kok. W pewnym momencie zaczęłam się dziwnie czuć, wydawało mi się, że chyba jednak dokonałam złego wyboru, jeśli chodzi o strój. Wyglądałam, jakbym szła do szkoły czy na spacer z rodzicami. To chyba miało znaczenie. Może właśnie tą skromnością się wyróżniłam. Teraz pozostaje czekać na galę finałową, która odbędzie się 26 listopada.