Każdy chce zarobić, ale na rynkach finansowych szanse na wysokie zyski są związane z równie wysokim ryzykiem. Gdy więc indeksy na giełdach na dłużej przybierają czerwony kolor, wśród mniej wytrzymałych na stres inwestorów zaczyna się panika. Czy tym razem strach przed kolejnym krachem finansowym zakończy się korektą - głęboką i wyczerpującą, ale z nadzieją na powrót długoterminowej hossy?

Amerykanie otrzymali zbyt duże podwyżki, po kieszeni dostali inwestorzy na warszawskiej - i innych europejskich giełdach, którzy zbyt nerwowo zareagowali na nie notowane od wielu miesięcy spadki kursów akcji. Najpierw na Wall Street w Nowym Jorku, a później na innych parkietach na całym świecie, warszawskiej GPW nie wyłączając.

Ostatnie dni mogą posłużyć za dowód, że stwierdzenie, iż światowa gospodarka jest systemem połączonych naczyń, nie jest publicystycznym sloganem, ale stanem faktycznym.

Choć na rynkach finansowych coraz większą rolę odgrywają spekulanci kierujący się żądzą zysku nie rozwijaniem biznesu, to jednak w skali globalnej uniwersalne procesy rynkowe wciąż są ważne, co potwierdzają wydarzenia na rynkach - globalnym i lokalnych, notowane w ciągu kilkunastu ostatnich dni.

Wszystko zaczęło się od informacji o wyższym od spodziewanego wzroście wynagrodzeń w Stanach Zjednoczonych. Analitycy odebrali to jako kolejny impuls do wzrostu inflacji, a w konsekwencji do szybszego tempa podwyżek stóp procentowych dla amerykańskiego dolara niż można by oczekiwać. W konsekwencji kurs USD względem innych walut szybko poszedł w górę; wysokie stopy czynią inwestowanie w walutę bardziej opłacalnym, a amerykański dolar, choć jego światowa pozycja słabnie, wciąż cieszy się u inwestorów niesłabnącym wzięciem. Pole do wzrostu notowań było zresztą tym większe, że w ciągu ostatnich miesięcy USD był w gronie walut, których kurs ciągle spadał - i to mocno odbiegając od rzeczywistej rynkowej wartości.

Dalej zadziałała klasyka mechanizmów rynkowych. Większe zainteresowanie waluta oznacza odwrót od akcji i obligacji - odpływający kapitał oznacza falę wyprzedaży papierów wartościowych, a tym samy spadek ich notowań i w konsekwencji obniżkę giełdowych indeksów. A że nowojorska Wall Street w ciągu ostatnich miesięcy była areną, na której padały seryjnie coraz to nowe rekordy historycznej wartości Dow Jones, S&P 500 i innych indeksów, korekta w dół była wyjątkowo gwałtowna.

Kilkuprocentowe spadki wartości indeksów na Wall Street to sytuacja mocno niecodzienna. Nic więc dziwnego, że czerwony kolor oznaczający spadki kursów papierów wartościowych oraz notowań indeksów giełdowych rozlał się po całym świecie, a wrażliwi na wzrost ryzyka inwestorzy zaczęli nerwową wyprzedaż walorów ze swoich portfeli.

Choć nie brakowało apeli analityków o zachowanie spokoju, bo mamy do czynienia nie z krachem, ale "zdrową korektą", to jednak nerwowe sesje giełdowe, w tym w Warszawie, miały miejsce przez cały miniony tydzień.

Na szczęście, to właśnie optymiści mieli rację. Piątek za oceanem, poniedziałek w Europie przyniósł na giełdach wzrosty i wiarę, że pieniądze inwestorów są wciąż bezpieczne.