Choć sytuacja na lotniskach powoli powraca do normy, to wiele przedsiębiorstw na długo zapamięta ostatni tydzień. Straty liczą nie tylko lotniska i biura podróży, ale i niektóre firmy produkcyjne, eksportujące swoje towary za granicę.

Firmy kurierskie zrezygnowały z samolotów, na rzecz transportu drogowego i wodnego. Niektórzy przewoźnicy, np. DHL Aviation, od ubiegłego piątku uruchomili specjalne połączenia drogowe pomiędzy najważniejszymi lotniskami w Europie, w tym także z Warszawą. Przedsiębiorstwa eksportujące swoje towary szukają pomocy w transporcie morskim i lądowym. Wszystko po to, by nadrobić gigantyczne straty spowodowane wybuchem islandzkiego wulkanu i paraliżem ruchu powietrznego.

W niekorzystnej sytuacji są też biura podróży, których klienci utknęli na lotniskach w wielu krajach. W takim przypadku organizatorzy gwarantują uczestnikom darmową pomoc.

– Klientom, których pobyt na lotniczych wycieczkach zagranicznych został przedłużony, gwarantujemy noclegi, wyżywienie oraz ubezpieczenie od kosztów leczenia – mówi Stanisława Cieślak-Duda, rzecznik prasowy Orbis Travel.

Ponieważ właściciele biur podróży nie mogą liczyć na to, że straty uda się pokryć dzięki wypłacie ubezpieczeń przez linie lotnicze, to większość z nich zabezpiecza się przed kolejnymi kosztami i proponuje przeniesienie rezerwacji najbliższych wyjazdów, na inny wolny termin. Niektórzy organizatorzy zwracają też koszty zarezerwowanych na ten tydzień wycieczek.

Jak zauważa Izabella Dessoulavy-Gładysz, dyrektor marketingu i komunikacji DHL Global Forwarding, obecna sytuacja może zaowocować znaczną podwyżką stawek cargo, stosowanych przez linie lotnicze.

– Spodziewamy się, że opłaty za przewóz towarów na pierwsze loty po otwarciu przestrzeni lotniczej mogą kilkakrotnie wzrosnąć, w porównaniu do tych sprzed tygodnia – mówi. – Jeśli chodzi o transport z Europy do Azji czy Ameryki, sytuacja w samej Europie jest o tyle lepsza, że na jej obszarze ilość towarów przewożona drogą lotniczą jest znacznie mniejsza. Zatem większość pilnych przesyłek można było przewieźć drogą lądową.

Obecnie przestrzeń powietrzna nad Polską jest już otwarta, a niektóre linie lotnicze m.in. Air France, KLM i Alitalia zaczęły ponownie przyjmować rezerwacje na przesyłki. Nie ma jednak żadnych gwarancji, że nie będzie to jedynie sytuacja przejściowa.

Paraliż lotniczy z pewnością odbije się na naszych portfelach. Jak zauważa Lech Pilecki, prezes Podlaskiego Klubu Biznesu, straciły na tym nie tylko linie lotnicze, ale każda dziedzina przemysłu.

– Sytuacja ta będzie mieć negatywny wpływ na wymianę handlową, a co za tym idzie także na całą gospodarkę, odzyskującą siły po światowym kryzysie – mówi. – Największym problemem jest wstrzymanie wymiany gospodarczej, zarówno eksportu, jak i importu. W świadomości społeczeństwa zaczyna wytwarzać się pewnego rodzaju psychoza. Ludzie nie chcą stracić pieniędzy, wybierają więc pociągi i autobusy, a transport lotniczy traci, pociągając za sobą biura podróży.

Jak zauważa Lech Pilecki, to, że porty zostały otwarte, nie gwarantuje nam tego, że sytuacja się odwróci. Należy się liczyć też z tym, że sytuacja odbije się na gospodarce. Nie jest wykluczone, że wzrosną ceny. Ktoś musi za to zapłacić, najczęściej wypada na pośredników i konsumentów.

 

iektóre podlaskie firmy sprzedające swoje towary do innych krajów nie przejmują się konsekwencjami, ponieważ od początku stawiały na transport morski. Jednak nie wszystkie towary były tak transportowane. Przedsiębiorcy, którzy wysyłali swoje produkty samolotami, szukają teraz innych źródeł transportu. Jak sami twierdzą sytuacja jest bardzo napięta, stawki wariują, terminy gonią, a klienci nie chcą czekać.