Zanim zajął się rolnictwem, pracował w ZNTK Łapy. Zrezygnował, kiedy przejął po rodzicach 3,5 hektara ziemi. Dziś ma około 700 hektarów gruntów rolnych. Ale nie powiedział sobie jeszcze: Stop.

To malutkie gospodarstwo przejął w 1986 r. Najpierw zajmował się produkcją mleka, chował siedem krów. Później (w 1987 r.) rozpoczął działalność gospodarczą – zaczął świadczyć usługi dla rolnictwa.
–  Dostałem przydział na  kombajn i ciągnik – opowiada. – Jednak  za kilka lat okazało się, że rolnicy mają już dość własnego sprzętu i zapotrzebowanie na usługi zewnętrzne zaczęło spadać .
Wówczas postawił na ziemię. Od 1990 r. zaczął brać grunty w dzierżawę.

– Trzy lata później, kiedy  miałem już 80 hektarów, stanąłem do przetargu na około stuhektarowe gospodarstwo w Juchnowcu Górnym  – wspomina. –  Wygrałem go.
Gospodarstwo to było nastawione na hodowlę bydła mlecznego. Stado liczyło około 120 krów, do tego dochodziła jeszcze  jałowizna. Niestety, cena  mleka była wówczas bardzo niska, nie pokrywała kosztów produkcji.

Szukał aż znalazł
właściwy kierunek

Zdecydował, że musi się przekwalifikować. Sprzedał krowy i postawił na bydło opasowe.  Jednak tym też długo się nie zajmował. Przez dwa lata odchowywał też byczki, które trafiały do Włoch.
Kolejnym kierunkiem, na który postawił, była hodowla trzody chlewnej. Dobrze się złożyło, gdyż w 2001 r. nabył kolejne gospodarstwo – w Szczytach Nowodworach, które również było nastawione na produkcję trzody. Po modernizacji powstała w nim chlewnia na ok. 540 macior. W międzyczasie zmodernizował chlewnię w Juchnowcu, zamontował ruszty.
– To pozwoliło obniżyć koszty produkcji – tłumaczy Andrzej Brzozowski.
W 2006 r. stanął do kolejnego przetargu i kupił kolejne gospodarstwo – w Parcewie. Od razu wziął się za modernizację budynków. Tu również hoduje trzodę.
Teraz Andrzej Brzozowski w sumie (we wszystkich trzech gospodarstwach) ma prawie 700 hektarów ziemi i ponad 1400 macior. Rocznie sprzedaje około ok 20 tys. tuczników i 10 tys., warchlaków. Dodatkowo prowadzi działalność handlowo-usługową – skupuje zboża oraz świadczy usługi: koszenia zboża, gniecenia ziarna kukurydzy w rękawie.

Wzoruje się
na najlepszych

We wszystkich swoich fermach wprowadził żywienie na mokro.
– Bardzo obniża to  koszty żywienia – tłumaczy.
Jak mówi, w trudnych dla producentów trzody czasach, trzeba skrupulatnie liczyć koszty i szukać jak najtańszych rozwiązań. Przygotowuje bardzo dużo ziarna kiszonego, dzięki czemu oszczędza na kosztach suszenia. Wykorzystuje serwatkę i inne komponenty (tzw. odpady mleczarskie).
Takie rozwiązania oglądał za granicą – w Danii, Holandii.
– Trzeba wzorować się na najlepszych – podkreśla. – Po co odkrywać coś, co zostało już dawno odkryte. – Można tylko coś poprawić, dostosować do własnych warunków.

Musi być
dobra załoga

Przyznaje, że w jego przypadku, kluczem do osiągnięcia  sukcesu jest też dobra załoga. W tak dużym gospodarstwie nie sposób dopilnować wszystkiego samemu. W sumie zatrudnia około 40 osób. Każda z trzech ferm ma też odrębnego kierownika, który odpowiada za wyniki produkcyjne.
W Parcewie żywieniem można sterować nie wychodząc z biura.  Wszystko, co się dzieje w chlewni, można zobaczyć na ekranie.  Również temperaturę w chlewni i inne parametry ustawia się komputerowo. W przyszłości rozwiązanie ma zostać wprowadzone także w dwóch pozostałych gospodarstwach.
Andrzej Brzozowski ma dużo własnych zbóż, ale nie oznacza to, że wyprodukowane ziarno przeznacza na paszę dla trzody.
– Moje ziarno jest bardzo dobrej jakości – tłumaczy. – Dlatego opłaca mi się sprzedać pszenicę konsumpcyjną, a dla świń kupić zboże paszowe, znacznie tańsze.
Oprócz pszenicy uprawia  rzepak i kukurydzę, bo to daje największy zysk z hektara. Plony jakie uzyskuje, robią wrażenie. Na przykład w  ubiegłym roku plony rzepaku wynosiły 3,5 t z hektara, pszenicy – 7,3 t, a kukurydzy – ok. 10 t (na sucho).

Nigdy
nie mówi stop

Czy przy tej wielkości gospodarstwa powiedział sobie dość?
– Nigdy nie mówię stop – tłumaczy. – Kiedy, po kupnie gospodarstwa w Juchnowcu, zacząłem gospodarzyć na 180 ha, zastanawiałem się jak to wszystko ogarnąć. Teraz, choć mam  700 ha,  nie mam takiego problemu.
Sam przyznaje, że jest pracoholikiem. Twierdzi, że jest to raczej zaleta niż wada, bo bardzo cieszy go to, co robi. Jednak wcale nie uważa, że stworzenie tak dużego i dobrze prosperującego gospodarstwa jest jego największym sukcesem. Przede wszystkim dumny jest ze swoich dzieci.