UWAGA!
    WYPADEK

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Rozwiń
    UWAGA!
    Zwiń

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Do śmiertelnych wypadków w Białymstoku dochodzi rzadko. Przypominamy te najtragiczniejsze

    Dwa tygodnie w piekle (zdjęcia)

    Dwa tygodnie w piekle (zdjęcia)

    Fot. PSP Białystok

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Dwanaście godzin pracy, dwanaście godzin odpoczynku. Strażacy przy gaszeniu pożarów lasów w Rosji pracowali dzień i noc.

    Dwanaście godzin pracy, dwanaście godzin odpoczynku. Strażacy przy gaszeniu pożarów lasów w Rosji pracowali dzień i noc. ©Fot. PSP Białystok

    W Rosji pożary gasi się inaczej niż w Polsce. U nas, to strażacy jadą do ognia, próbując dotrzeć jak najbliżej. Tam zajmowali swoje pozycje i czekali aż ogień podejdzie do nich.
    Dwanaście godzin pracy, dwanaście godzin odpoczynku. Strażacy przy gaszeniu pożarów lasów w Rosji pracowali dzień i noc.

    Dwanaście godzin pracy, dwanaście godzin odpoczynku. Strażacy przy gaszeniu pożarów lasów w Rosji pracowali dzień i noc. ©Fot. PSP Białystok

    [galeria_glowna]

    Pożary i śmierć

    Pożary i śmierć


    Pożary w Rosji tego lata spowodowały śmierć 54 osób, zniszczyły setki tysięcy hektarów lasów i - według wstępnych, oficjalnych danych - pozbawiły dachu nad głową ponad 3,5 tys. ludzi.
    Rosyjscy strażacy przez blisko dwa miesiące nie mogli sobie poradzić z szalejącym ogniem. Na pomoc oprócz Polaków, ruszyli też strażacy z Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Bułgarii, Kazachstanu, Ukrainy, Włoch, Francji i Turcji.



    Słońca nie było widać w ogóle.
    Tylko kurz, smog i dym, który zasnuwał powietrze. I utrudniał oddychanie. A do tego wysoka temperatura, około 42 stopni Celsjusza. W takich warunkach przez dwa tygodnie pracowali polscy strażacy, którzy pojechali do Rosji pomóc w gaszeniu pożarów lasów.

    - Przed wyjazdem oglądałem to, co się tam działo w telewizji, zresztą sam też widziałem niejeden pożar, ale rzeczywistość rzuciła mnie na kolana - mówi Andrzej Łęczycki, jeden z białostockich strażaków, który uczestniczył w tej misji.

    Wszystkim najbardziej w pamięci utkwił obraz wsi spalonych do gołej ziemi. Z kilkunastu domów nie zostało nic. Z kominów, które zwykle wystają ze zgliszczy, sterczała tylko kupka kamieni. Drewniane domy spłonęły doszczętnie, z murowanych zostało czasem po jednej ścianie. Miejscowi strażacy mówili, że pożar trwał nie więcej niż 15 minut.

    - W autobusie wcześniej były jakieś rozmowy, dyskusje, tak nagle wszystko ucichło. Patrzyliśmy po prostu w milczeniu przez okno - opowiada Łęczycki. - W Polsce takich pożarów nie ma. U nas doszczętnie spłonie czasem jeden dom. I wszystko. Tam krajobraz wyglądał jak po wybuchu bomby, ogień zmiatał z ziemi całe miejscowości.

    1500 kilometrów od domu

    Na misję do Rosji jechali trzy dni. Kolumna 45 strażackich wozów wyjechała z Suwałk w sobotę, 7 sierpnia. W sumie 159 strażaków z całego kraju. Z naszego województwa 67, z czego 19 z Białegostoku.

    Na miejsce dojechali w poniedziałek, eskortowani przez policję. Przed kolumną strażackich wozów inni musieli ustąpić. Miejscowi jednak i tak czekali ich jak zbawienia.

    Trafili w okolice Riazania, około 300 km na południe od Moskwy. To był jeden z najbardziej niebezpiecznych obszarów Rosji, zagrożonych ogniem. Na rozległych terenach parku narodowego płonęły lasy i torfowiska.

    Polscy strażacy podzielili się na dwie grupy, kompanie podlaską i mazowiecką. Do naszej przydzielono funkcjonariuszy z Lublina, Żor i Katowic.

    Zakwaterowano ich w ośrodku wypoczynkowym, około 20 kilometrów od miejsca, gdzie mieli gasić pożary. Rozbili bazę i zaczęli planować akcję.

    Warunki ekstremalne

    Największym problemem były rozległe tereny, których trzeba było bronić, i brak dróg dojazdowych. Pożar obejmował już ponad 3, 5 tysiąca hektarów. Sam jego obwód wynosił 36 kilometrów.

    Najbardziej niebezpieczne były padające drzewa. Łamały się jak zapałki. Nie dało się przewidzieć, gdzie upadną. Ogień, który płonął na torfowiskach niszczył ich system korzeniowy.

    - Trzeba było na nie bardzo uważać. Mogły upaść w każdej chwili - przyznają strażacy.
    Do tego wysoka temperatura. Gorące suche powietrze, dodatkowo ogrzewane przez ogień. Kilku strażaków zasłabło. Potrzebna była pomoc lekarza.

    - A jeszcze wszystko było zadymione i zapylone. Kurz po prostu wszędzie - mówi Artur Radziszewski. - Ogrom pracy, teren nieznany. Przez pierwsze dni, wszyscy od razu padali na łóżko, nikt nie był w stanie rozmawiać o tym, co widzieli.

    Pracowali na dwie zmiany. W dzień walka z ogniem i upałami. W nocy dozór tego, co już zostało ugaszone. Ogień mógł w każdej chwili pojawić się znowu.

    Dla wszystkich było to także trudne doświadczenie psychicznie. Znajdowali się 1500 kilometrów od domu. Utrudniony kontakt telefoniczny z rodziną - połączenia do Polski bardzo drogie, nawet 16 złotych za minutę. Strażacy mieli do dyspozycji jeden służbowy telefon, z którego czasem dowódcy pozwalali im
    korzystać. A przecież było tam prawie 160 osób. Każdy miał co najwyżej kilka minut na telefon.

    Czkając na ogień

    W Rosji pożary gasi się inaczej niż u nas. W Polsce to strażacy jadą do ognia, próbując dotrzeć jak najbliżej. Tam zajmowali swoje pozycję i czekali aż ogień podejdzie do nich. Granice wyznaczały dostępne drogi. To tam ustawiano linie obrony.

    Jedne z dramatyczniejszych chwil strażacy przeżywali 12 sierpnia. Bronili właśnie jednej z takich dróg. Przez kilka godzin przygotowywali się na pożar. I już prawie się udało. Gdy nagle zerwał się silny wiatr i ogień zaczął przeskakiwać po wierzchołkach drzew na drugą stronę drogi.

    - Przez moment mieliśmy strach w oczach, ale nie było mowy o ucieczce, za dużo pracy włożyliśmy w obronę - mówi Radziszewski

    Nie dali za wygraną. Cofnęli się i jeszcze raz ruszyli do walki z ogniem. Tym razem udało się pokonać ogień.

    Trudności sprawiało też dostarczanie wody. Pożary trwały już od dłuższego czasu, a naturalne zbiorniki powoli się wyczerpywały. Po wodę do gaszenia trzeba było jeździć coraz dalej.

    Podlascy strażacy zbudowali więc w Rosji ogromną magistralę. Połączyli w jeden grube gaśnicze węże. Całość miała aż 4 kilometry długości.

    - Po raz pierwszy udała się nam taka sztuka. To naprawdę duży sukces - podkreśla Antoni Ostrowski, dowódca Kompanii Podlasie.

    Przydała się także nowa cysterna, którą kilka tygodni przed wyjazdem kupili białostoccy strażacy. Ogromny wóz mieści 28 tysięcy litrów wody. To największe takie auto w Polsce. Ma służyć właśnie do gaszenia pożarów lasów.

    Ogień go dogonił

    W ciągu tych dwóch tygodni spędzonych w Rosji było też kilka sytuacji, które przypominały z jak groźnym żywiołem trzeba walczyć. W sąsiednim obwodzie w ogniu zginął ich rosyjski kolega. Mężczyzna jechał samochodem na miejsce pożaru. W pewnym momencie zaskoczył go ognień. Wysiadł z auta i zaczął pieszo uciekać w przeciwnym kierunku. Nie zdążył. Ogień go dogonił. Spalił się i on i samochód.

    W Rosji w gaszenie angażowali się wszyscy. Każdy chciał pomóc. Tzw. kontrpożar, którym także próbowali Rosjanie gasić duże połacie lasu, przygotowywał pluton skoczków spadochronowych. Żołnierze, skakali z samolotu w odpowiednie miejsce i tam podkładali ogień, który miał zahamować inny.

    Pomagali też mieszkańcy. Któregoś dnia podeszła grupka około 16 osób. To byli młodzi chłopcy, mieli najwyżej 18 lat. Nieśli ze sobą wiaderka. Poprosili strażaków, by dali im wody, bo sami chcą iść gasić pożar.

    - Byliśmy zaskoczeni, ale daliśmy im wodę - opowiada Andrzej Łęczycki.

    Ludzie zarzekali się, że nie opuszczą spalonej ziemi. Rząd obiecał odszkodowania. Chcą odbudować co się da.

    Praca była ciężka, ale miejscowi traktowali naszych strażaków jak bohaterów. Przynosili kawę i jedzenie. Chociaż sami mieli niewiele, dzielili się tym, co mieli.

    - Byli szczęśliwi, że do nich przyjechaliśmy. Mówili, że teraz nareszcie czują się bezpiecznie, że śpi im się lepiej, kiedy słyszą wyjące syreny strażackich wozów. To ich uspokajało - mówi Ostrowski.

    Rosjanie bardzo dbali o strażaków. Nasza ekipa prawie za nic nie musiała płacić. Oprócz jedzenia dostawali też paliwo.

    Dowody wdzięczności okazywali także mieszkańcy. Strażacy wspominają, jak do jednego z przyniesionych im posiłków ktoś włożył kartkę. Były na niej napisane po rosyjsku słowa: Dziękujemy, że jesteście.

    Kiedy wyjeżdżali, za pomoc dziękowali im wszyscy. Ludzie machali rękami i płakali. A władze Riazania każdemu ze strażaków wręczyły medal "Za współdziałanie w imię służby ratowniczej“, i nagrodę.

    - Jestem z nich dumny - mówi Antoni Ostrowski. - Pokazali na co stać naszych strażaków. W tak trudnej misji sprawdzili się i oni, i sprzęt.

    To największa taka misja

    Wrócili w sobotę, 21 sierpnia. Kolumnę samochodów w Suwałkach witała delegacja z komendantem głównym straży pożarnej i przedstawicielami ministerstwa. A oprócz tego czekały na nich stęsknione rodziny.

    - Warto było pojechać do Rosji - uważa Andrzej Łęczycki. - To było ważne doświadczenie w naszej pracy.

    Największa misja w historii polskiej straży. Nigdy wcześniej nie jechali na pomoc z taką ilością sprzętu. Podkreślają jednak, że pewnie już nigdy na taką nie pojadą. Nie dlatego, że nie chcą. Mają nadzieję, że już nigdy nie będzie takiego strasznego pożaru.

    - Zawsze jesteśmy tam, gdzie potrzebna jest pomoc. Pomagaliśmy przy powodzi w kraju. Lecieliśmy ratować Haiti. Ale czegoś takiego ja jeszcze nie przeżyłem - przyznaje Artur Radziszewski.
    W poniedziałek w obwodzie riazańskim, w którym działali nasi strażacy, władze zniosły stan wyjątkowy.

    To ostatni z siedmiu regionów, w którym taki stan obowiązywał. Oznacza to, że udało się opanować szalejące pożary.







    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj także

      Komentarze (2)

      Wszystkie komentarze (2) forum.poranny.pl

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama