UWAGA!
    WYPADEK

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Rozwiń
    UWAGA!
    Zwiń

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Do śmiertelnych wypadków w Białymstoku dochodzi rzadko. Przypominamy te najtragiczniejsze

    I Społeczne LO ma 20 lat. Wybitni absolwenci, nauczyciele i...

    I Społeczne LO ma 20 lat. Wybitni absolwenci, nauczyciele i niesamowite historie.

    Janka Werpachowska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Osoba, mająca osiągnięcia w jakiejś dziedzinie, była leciutko chroniona w tych dziedzinach, z którymi kompletnie sobie nie radziła - wspomina Tomasz Bagiński, jeden z pierwszych absolwentów Społecznego Liceum Ogólnokształcącego. A polonista Jan Kamiński dodaje: W pokoju nauczycielskim nikt nie plotkował, nie intrygował. Lubiliśmy się.
    Jan Kamiński

    Jan Kamiński

    To była najlepsza szkoła, w jakiej pracowałem - mówi Jan Kamiński, literat, który w białostockim Społecznym Liceum Ogólnokształcącym uczył od samego początku jego istnienia.

    - Świetna młodzież, otwarta na świat, ciekawa życia. Czasami niełatwa, szczególnie na początku. Kiedyś uczennica, niezadowolona z tego, jak oceniłem jej odpowiedź, znienacka posadziła mi na karku szczura, którego trzymała w kieszeni. "Niech pan poprawi mi ocenę, bo wystarczy moje jedno słowo, a ten szczur przegryzie panu tętnicę" - oznajmiła. Jak widać żyję. Może szczur nie był zbyt dobrze wytresowany.

    Przy pierwszym naborze do szkoły trafiło trochę młodzieży po przejściach - takiej, która nie odpowiadała szablonowi ucznia w szkolnictwie publicznym.
    Nareszcie zobaczyli przed sobą jakieś perspektywy. Bo we wrześniu 1990 roku w SLO rozpoczął się rok szkolny nie tylko dla pierwszoklasistów; otworzono również po dwie klasy drugie i trzecie. To właśnie do nich przyszli ci, z którymi nie radzili sobie nauczyciele z "normalnych" ogólniaków.

    - To nie była jakaś trudna, zdeprawowana młodzież - wspomina Jan Kamiński. - Oni byli po prostu inni: trochę zbuntowani, trochę znudzeni tym, co oferowały im tamte szkoły. Na pewno nie mieścili się w ogólnie przyjętych ramach. Ale szybko udawało się nawiązać z nimi fantastyczny kontakt.

    Nie wszyscy nauczyciele potrafili się odnaleźć w pracy z taką młodzieżą. Kiedyś uczennica po ostrym starciu słownym z nauczycielką, wybiegła z klasy, trzaskając drzwiami. Zdenerwowana, zapaliła na korytarzu papierosa. Dziewczyna skończyła szkołę, zdała maturę, poukładała sobie życie. Ale nauczycielka właśnie po tym ekscesie odeszła z pracy, być może do "normalnej" szkoły. Nie była przygotowana do radzenia sobie z takimi emocjami.

    Ulica Fabryczna

    Ktoś przypomniał sobie o budynku przedwojennego Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego im. Henryka Sienkiewicza.

    - Był w strasznym stanie, wymagał generalnego remontu - opowiada Alina Popiołek, matematyczka, swego czasu dyrektorka SLO, od początku związana z tą placówką. - Prace remontowe wycenione zostały na 450 milionów ówczesnych złotych. Remont rozpoczęliśmy w lipcu, a we wrześniu mieliśmy pierwsze rozpoczęcie roku szkolnego.

    Po wakacjach, w SLO dwudziesty raz rozpocznie się nowy rok szkolny.

    Duch miejsca

    - Dlaczego tak miło wspominam akurat tę szkołę? - zastanawia się Jan Kamiński. - Mam skalę porównawczą, bo w swojej karierze pedagogicznej zaliczyłem różne placówki: i małe, wiejskie szkoły, i na przykład III LO w Białymstoku. W SLO najbardziej podobały mi się fantastyczne układy między ludźmi. Nie było plotek, intryg, podkładania sobie nawzajem świni. Dla mnie to była nowość po doświadczeniach z innych szkół. Ja, podobnie jak ci nasi uczniowie, nieco odbiegałem od normy, obowiązującej w typowym pokoju nauczycielskim w tamtych latach. Przypominam: to była końcówka komuny. Byłem takim malowanym ptakiem. I dlatego wciąż próbowano mnie zadziobać. W szkole na Fabrycznej mogłem spokojnie pracować, realizować swój indywidualny program.

    To dawało efekty

    - Kiedyś pojechałem ze swoją klasą w Bieszczady - wspomina Kamiński. - Łaziliśmy po górach, zatrzymywaliśmy się w schroniskach, albo w bacówkach. Jedliśmy w lokalnych karczmach. Uczniowie rozmawiali z tamtejszymi ludźmi, wdawali się w dyskusje. I kiedyś taki miejscowy do mnie mówi: "Skąd wyście ich przywieźli. Toż to dzieciaki nie z tej ziemi jakieś, takich się nie spotyka". I miał rację, oni byli nie z tej ziemi. W tamtej grupie był na przykład Tomek Rosiński, dzisiaj pracownik Uniwersytetu w Białymstoku, filozof, posiadacz dwóch doktoratów, autor książki "Platonizm i Simone Weil".

    Szkołę opuszczali w każdym roczniku absolwenci, przed którymi każda uczelnia stała otworem. Ludzie, którzy mieli już sprecyzowaną wizję siebie i swojej przyszłości. O niektórych usłyszała cała Polska. Do takich należą np. Szymon Hołownia, autor książki "Kościół dla średnio zaawansowanych", publicysta i dziennikarz telewizyjny, czy Tomasz Bagiński, jedyny białostoczanin nominowany do Oscara.

    - Mam dobre wspomnienia ze szkoły na Fabrycznej, głównie dlatego, że nie przeszkadzała - opowiada Tomek Bagiński. - W kadrze większością byli nauczyciele rzeczywiście zainteresowani swoimi dziedzinami, była dosyć duża wolność w wyborze zajęć fakultatywnych. Podobało mi się nowatorskie w owym czasie podejście - osoba mająca wybitne osiągnięcia w jakiejś dziedzinie, była leciutko chroniona w tych dziedzinach gdzie kompletnie sobie nie radziła. To pozwalało lepiej przygotować się do studiów. Nigdy nie byłem zwolennikiem zinstytucjonalizowanej edukacji, ale w szkole na Fabrycznej dało się wytrzymać.

    Byłem jednym z pierwszych roczników, pamiętam, że malowaliśmy i remontowaliśmy skrzydło, w którym później mieliśmy klasę. Oczywiście, rozrabialiśmy. Pamiętam, jak z kolegą sabotowaliśmy plakaty wyborcze Szymona Hołowni, kiedy kandydował do samorządu szkolnego, dopisując i dorysowując do nich rozmaite żarty niskich lotów, które i tak irytowały jego "sztab". Pamiętam spontaniczny klasowy mecz piłki nożnej, gdzie rolę piłek grały główki kapusty. Mecz skończył się absolutnym zakapuszczeniem klasy i jej okolicy tuż przed lekcją.

    Pamiętam, jak bardzo spragnionemu koledze sprezentowaliśmy colę, która stała otwarta przy oknie prawie rok i zdążyła solidnie obrosnąć jakimś zielonym nalotem. Wystarczyło przetrzeć butelkę, wstrząsnąć i z wyglądu była jak nowa. Reakcja po pierwszym łyku? Bezcenna.

    Było tego trochę. Normalna dżungla zwana szkołą.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj także

      Komentarze (4)

      Wszystkie komentarze (4) forum.poranny.pl

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama