Ponad dwadzieścia lat temu przyjechałem z tamtej strony...

Ponad dwadzieścia lat temu przyjechałem z tamtej strony Wisły. Wsiąkłem w Białystok na amen

Tomasz Maleta

Kurier Poranny

Tomasz Maleta

Tomasz Maleta ©Wojciech Wojtkielewicz

Nie sposób zapomnieć dnia, gdy pierwszy raz stanąłem na białostockim gruncie. W końcu przyjechałem z Warszawy 1 sierpnia.
Tomasz Maleta

Tomasz Maleta ©Wojciech Wojtkielewicz

Dzień historycznie symboliczny, ale wtedy także dlatego, że wypadł w środku dosłownie piekielnego lata. Od początku lipca temperatura nie spadała poniżej 30 stopni. Mimo skwaru jazda pociągiem nie należała do najgorszych. Być może dlatego, że 184-km trasę pokonywał w dwie godziny z małym hakiem. Zresztą tak się złożyło, że to kolej była moim pierwszym punktem stycznym z Białymstokiem. Kilka lat wcześniej często jeździłem do Warszawy pociągiem „Narew”.
Kursował z Kielc do Białegostoku. I choć na Dworcu Centralnym opuszczało go sporo podróżnych, to równie wielu jechało dalej. Przeważnie byli to studenci białostockiej Akademii Medycznej. Wcześniejsze skojarzenia z Białymstokiem to oczywiście także Jagiellonia. Tyle że z czasów na długo przed jej pierwszym awansem do ekstraklasy. Z tamtej epoki pamiętam porażkę (0:4) żółto-czerwonych z drużyną z mojego rodzinnego osiedla. Nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że po latach to Jagiellonia będzie klubem z mojego rodzinnego osiedla.

Gdy pierwszy raz wysiadłem na białostockim dworcu i ruszyłem przed siebie z plecakiem na grzbiecie, w którym zmieściłem cały warszawski dobytek, jedna rzecz przykuła moją uwagę: nieprzerwane rzesze ludzkich głów ciągnących się pasażem św. Rocha w górę, a potem wzdłuż Lipowej. Być może słowa pasaż użyłem na wyrost, bo zarówno wtedy, jak i teraz, ulica z pasażem niewiele miała i ma wspólnego. Niemniej w tamtym, swoistym marszu rozpoznawczym czuć było tętno Białegostoku. Wtedy wydawało mi się, że nic nie jest w stanie tego zatrzymać czy odwrócić. A później po drodze jeszcze stary Rynek Kościuszki z autobusami i zejście w dół ul. Sienkiewicza w kierunku Wasilkowskiej. Ten pierwszy spacer trwał może dwie godziny, bo też nigdzie mi się nie spieszyło.

Później jeszcze prawie przez pół roku dojeżdżałem do Warszawy, ale na stałe zameldowałem się po ośmiu miesiącach od pierwszego wyjścia z pociągu na peronie białostockiego dworca. Z tamtych czasów w pamięci została mi sytuacja, gdy w poszukiwaniu (w międzyczasie już bez prawa do kuroniówki) pracy w Białymstoku udałem się do jednej z instytucji. Usłyszałem wtedy : „Wracaj Pan do Warszawy, masz pan za dobre wykształcenie jak na Białystok”. Tyle że zupełnie nie w głowie mi to było, w końcu nie po to opuściłem stolicę, by do niej wracać. Uparłem się niczym zatwardziały wykształciuch i zostałem. Kilka miesięcy później pierwszy raz zapukałem do drzwi „Porannego” przy Lipowej 19/21. I odkrywałem Białystok.

Przez te prawie dwie i pół dekady miasto zmieniło się. Nieraz robiło za jednym zamachem trzy kroki do przodu, by za chwilę niespodziewanie cofnąć się o krok do tyłu. W urbanistyce, przemyśle, handlu, historii, akademickości, sporcie, polityce. Dosłownie we wszystkim. Wiele tych sprzężeń zwrotnych, miejskich paradoksów opisywałem na łamach „Obserwatora”. Czy ogarnąłem, poznałem i zrozumiałem miasto zrodzone przy hetmańskim dworze, i które nigdy nie miało obiektywnych przesłanek do rozkwitu? Gdzież tam! Wciąż tyle do odkrycia, tylu ludzi do poznania. Choć mój teść, rodowity białostoczanin, dziwi się z przekąsem: Tu nie ma co odkrywać, bo w przeciwnym razie Białystok musiałby utracić prawa miejskie.

Niedawno jeszcze raz przemierzyłem trasę z pierwszego spaceru sprzed ponad dwóch dekad. Na dworcu już bez ścisku (chyba, że jest to prezentacja Darta). I nie tylko dlatego, że przez dwa lata pociągi nie jeździły do stolicy. Lipowa, zresztą już dawno temu, też opustoszała. I to nie tylko z ludzi. Można ich za to spotkać w przejściu podziemnym pod głównym skrzyżowaniem w centrum. Nie uświadczymy ich już kilometr dalej, przy dawnym pośredniaku. W pierwszej połowie lat 90. codziennie tłum białostoczan czekających na kuroniówkę gęstniał z godziny po godzinę. Dziś pośredniak mieści się przy Pogodnej, w bardziej znośnych warunkach. A i tak dla wielu, podobnie jak przed dwiema dekadami, znalezienie pracy graniczy z cudem. Patrząc na to co dzieje się w administracji rządowej czy samorządowej - na Wschodzie nadal bez zmian. Bo partia, która wygrywa wybory rządzi i zbiera łupy wojenne bez żadnych skrupułów. Zresztą tak samo jak to robili przed nią jej poprzednicy, a przed nimi ich poprzednicy. Ilu dziś by usłyszało: szukajcie szczęścia gdzie indziej, nie ma tu dla was miejsca? Tak, pod tym względem to nadal jest miasto, gdzie wciąż się kręci w oku niejedna łza. Zresztą podobnie jak w wielu innych w kraju.

Ponad dwadzieścia lat temu przyjechałem do Białegostoku z tamtej strony Wisły. Dlaczego? O wiele ważniejsze jest to, co mnie tu jeszcze trzyma. Choć Białystok nie jest moim gniazdem, to wsiąkłem w nie na amen - cytując Andrzeja Chwaliboga - korzeniami przybyszowymi.


Komentarze (3)

Wszystkie komentarze (3) forum.poranny.pl

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Poranny.pl poleca

Wideo