NASZE
    GALERIE

    Białystok się buduje

    Rozwiń
    Dr Siemaszko i rzeźnik Berent

    Dr Siemaszko i rzeźnik Berent

    Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Rynek Kościuszki ok. 1930 r. Po prawej stronie szyld restauracji Gastronomia. Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Rynek Kościuszki ok. 1930 r. Po prawej stronie szyld restauracji Gastronomia. Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Doktor Zygmunt Siemaszko znany był z aktywności zawodowej i społecznej. Ale też i z bujnego życia towarzyskiego. Te zaś miało swoje blaski i cienie. I w końcu doktor padł jego ofiarą.
    Rynek Kościuszki ok. 1930 r. Po prawej stronie szyld restauracji Gastronomia. Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Rynek Kościuszki ok. 1930 r. Po prawej stronie szyld restauracji Gastronomia. Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Około 1875 r. na ul. Aleksandrowskiej (Warszawska) Franciszek Szpengler uruchomił małą, zatrudniającą zaledwie 12 robotników tkalnię wełny. Dochody z niej osiągane pozwoliły mu wkrótce wybudować gustowny, dom pod nr 35. Na początku XX wieku wdowa po Franciszku, Augusta Rozalia sprzedała dom Konopińskim.

    Po odzyskaniu niepodległości wprowadził się do niego dr Zygmunt Siemaszko. W Białymstoku zjawił się on około 1900 r.
    Jednak dopiero w wolnej Polsce zaczął energicznie udzielać się zawodowo i społecznie. W pierwszych wyborach samorządowych we wrześniu 1919 r. wszedł do rady miejskiej i był radnym aż do 1932 r., sprawując jednocześnie w latach 1927-1932 funkcję wiceprzewodniczącego rady. Aktywnie działał również w PCK. Szanowano go za organizowanie wielu akcji charytatywnych. Znany był też z aktywnego życia towarzyskiego. Te zaś miało swoje blaski, ale i cienie.

    Dr Siemaszko pozostawał w zażyłych stosunkach z Antonim Faranowskim, redaktorem "Echa Białostockiego", który znany był w mieście z nieskrywanej skłonności do organizowania suto zakrapianych bibek. Nic przeto dziwnego, że gdy zbliżały się jego imieniny, to wiadomo było, że będzie to niezła, wyłącznie męska impreza. Tak też było na "spóźnionych" imieninach redaktora w niedzielę 14 kwietnia 1934 r.

    Towarzystwo ucztowało w restauracji Gastronomia (obecnie Astoria). Grubo po północy, gdy lokal już zamknięto, przyjaciele redaktora, wylądowali w restauracji I klasy na dworcu kolejowym. Tam fetowanie solenizanta trwało dalej. Następnego dnia rano przy stole zostali już tylko Faranowski i Siemaszko. Nagle podszedł do nich znany w mieście "zdolny rzeźnik i masarzysta" Berent. On też znajdował się pod dobrą datą, co było o tyle groźne, że był to "olbrzym wagi 180 kilogramów".

    Rzeźnik ów, "po wypowiedzeniu kilku dosadnych epitetów", rzucił się na redaktora. Zanim ten zdążył zareagować, Berent zdzielił go "dwa razy w twarz i dwa razy w szyję". Na szczęście ciosy nie były nokautujące, przeto Faranowski rzucił się do ucieczki, klucząc pomiędzy stołami. Za nim, przewracając wszystko, parł Berent. Krzyczał przy tym "ja ci pokażę łobuzie!"

    A co na to Siemaszko? Ano czym prędzej opuścił restaurację, wsiadł do dorożki i kazał wieźć się do domu. Jego rejterada przez następne dni stanowiła temat do kpin. Mówiono, że jako naczelny lekarz Ubezpieczalni Społecznej ma głęboko wpojone "skłonności ubezpieczalne", a tego ranka najlepiej wyszło mu "ubezpieczanie tyłów". Tymczasem w restauracji Berent próbował złapać Faranowskiego. Personel nie mogąc ich opanować, wezwał policję. Obydwaj więc zostali odprowadzeni na kolejowy posterunek w celu spisania protokołu. Gdy procedurom stało się zadość, komendant komisariatu postanowił popisać się talentem stratega. Wypuścił Berenta, nakazując mu udanie się do domu, a Faranowskiego poprosił o pozostanie na czas, który krewkiemu rzeźnikowi będzie konieczny na oddalenie się. Fortel jednak się nie udał. Gdy po kilku minutach redaktor wyszedł z posterunku, to od razu napotkał czekającego za drzwiami Berenta. Tym razem rzeźnik dobrze przymierzył i trafił redaktora "pięścią między oczy".

    Incydent ten nie zachwiał popularnością Siemaszki. Aż tu nagle całe białostockie towarzystwo zaskoczone zostało decyzją doktora. 1 września 1935 r. Siemaszko zrezygnował z funkcji zastępcy naczelnego lekarza Ubezpieczalni, a w dwa tygodnie później opuścił Białystok, przenosząc się na stałe do swojego majątku na Wileńszczyznie.

    Zanim jednak doktorostwo wsiedli do pociągu, to w Ritzu odbył się huczny bankiet pożegnalny. Siemaszkę żegnała Białostocka Ochotnicza Straż Ogniowa, której był wieloletnim prezesem. Następnego dnia na dworzec państwa Wiktorię i Zygmunta Siemaszków odprowadzali najwierniejsi przyjaciele. Byli "liczni przedstawiciele tutejszej elity i sfer towarzyskich" oraz redaktor Faranowski. Szczęśliwie dla wszystkich "podchmielonego rzeźnika zawodowego Berenta" nie było!


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama