Woda
    2017

    Białystok gotowy na ulewy?

    Rozwiń
    Woda
    Zwiń

    Białystok gotowy na ulewy?

    W mieście trwały ćwiczenia mające przygotować służby i mieszkańców do walki z powodziami

    Antoni Witkowski - policjant w armii Andersa. Zmarł w Iraku.

    Antoni Witkowski - policjant w armii Andersa. Zmarł w Iraku.

    Alicja Zielińska

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    1930 rok. Ślub moich rodziców (z lewej). Antoni Witkowski, oznaczony kółkiem, z kolegami z posterunku (w środku). Brat ojca, Franciszek Witkowski również

    1930 rok. Ślub moich rodziców (z lewej). Antoni Witkowski, oznaczony kółkiem, z kolegami z posterunku (w środku). Brat ojca, Franciszek Witkowski również zginął w czasie wojny. Był pułkownikiem. Tu na zdjęciu z żoną Marią (z prawej na dole). Takiego tatę zapamiętałam.

    Antoni Witkowski był policjantem, pisał wiersze. Bardzo kochał żonę i dzieci. Ale wybuchła wojna i trafił do niewoli sowieckiej. Cudem uratował się i z armią Andersa wyjechał do Iraku. Niestety zachorował na malarię i zmarł. Pozostały tylko zdjęcia, pamiętnik i jedyny list z Rosji.
    1930 rok. Ślub moich rodziców (z lewej). Antoni Witkowski, oznaczony kółkiem, z kolegami z posterunku (w środku). Brat ojca, Franciszek Witkowski również

    1930 rok. Ślub moich rodziców (z lewej). Antoni Witkowski, oznaczony kółkiem, z kolegami z posterunku (w środku). Brat ojca, Franciszek Witkowski również zginął w czasie wojny. Był pułkownikiem. Tu na zdjęciu z żoną Marią (z prawej na dole). Takiego tatę zapamiętałam.

    O tragicznych losach Antoniego Witkowskiego opowiada jego córka Taida Radziwonowska.

    Miałam dopiero sześć lat, a wszystko pamiętam - mówi pani Taida. - Był 1 września 1939 roku. Mieszkaliśmy w Szudziałowie. Tatuś wrócił z posterunku policji i powiedział do mamy: Adelu, muszę jechać na wojnę.

    Mama dała mu złoty łańcuszek na drogę, tatuś chciał jej zostawić obrączkę i sygnet, by miała w razie czego na życie.
    Ale mama powiedziała, że obrączkę powinien wziąć, bo może będzie musiał zamienić ją na kawałek chleba. Tata sygnet zostawił, jak powiedział, dla syna na pamiątkę. I tak się stało. Brat miał wtedy zaledwie półtora roku. Kiedy tata odchodził, bardzo rozpaczałam. Podniósł mnie wysoko do góry i pocieszał: Nie płacz, niedługo wrócę i przywiozę ci świeże bułeczki.

    Przysłał tylko jeden list. Adres pochodził z Rosji. Mama domyślała się, że trafił do sowieckiej niewoli. Pisała kilka razy, ale listy wracały bez odpowiedzi. Tymczasem do Szudziałowa wkroczyła Armia Czerwona Zaczęły się masowe deportacje na Syberię. My też byliśmy na liście NKWD do wywózki, wiadomo rodzina mundurowego. Mieliśmy jechać ostatnim transportem, ale wójt, życzliwy człowiek, ostrzegł mamę w ostatniej chwili, by uciekała. Jeszcze tego samego dnia mama wywiozła mnie i brata do swojej siostry, która miała majątek pod Grodnem, a sama ukrywała się u znajomych na wsi. Przez dwa tygodnie siedziałam z bratem w piwnicy, bo ciocia bała się, że ktoś doniesie do NKWD i wtedy by wszystkich czekał Sybir.

    O ojcu długo nic nie było wiadomo. Po wojnie mama szukała go przez Czerwony Krzyż. Bezskutecznie. Wreszcie w 1947 roku zaczęli wracać z Anglii żołnierze armii Andersa, wśród nich Tadeusz Czeremcha z Poczopka niedaleko Szudziałowa. I on właśnie powiedział mamie, że ojciec nie żyje, był na jego pogrzebie w miejscowości Khanaquin w Iraku.

    Rok później zostało to oficjalnie potwierdzone. Z Londynu mama dostała informację o zgonie ojca, przyszły, dokumenty, wśród nich był pamiętnik ojca i wzruszające wiersze, które pisał o tęsknocie za krajem.

    Na podstawie tych dokumentów można przypuszczać, że ojciec, kiedy został zwolniony z niewoli na terenie Związku Radzieckiego, wstąpił do armii Andersa, a następnie z oddziałami wojskowymi znalazł się w Iraku. Służył w Kompanii Bezpieczeństwa, w której byli funkcjonariusze policji i Straży Granicznej. Niestety niedługo. Zachorował na malarię i zmarł 29 czerwca 1943 roku.

    Został pochowany na cmentarzu wojskowym w Khanaquinie. Ta niewielka arabska osada, znajdująca się 180 km od Bagdadu, stolicy kraju, w czasie II wojny światowej była jednym z wielu miejsc postoju żołnierzy II Korpusu Polskiego. Uczennica gimnazjum w Szudziałowie, Dominika Olchowik, która opisała dzieje Antoniego Witkowskiego, powołała się w swoim tekście na książkę Bohdana Skaradzińskiego "Korzenie naszego losu". Skaradziński był na cmentarzu w Khanaquinie. Tak opisuje jego wygląd.

    "Wysoka metalowa siatka odgradza spory plac porośnięty bujną jak Irak trawą, w której - wyrównanymi po wojskowemu szeregami - tkwią białe kamienne tablice z zaostrzonymi wierzchołkami. Solidna brama okuta grubym łańcuchem z kłódką. Nie wygląda mi to na cmentarz. Ani krzyży, ani płaczących wierzb, ani smętku. Na samej górze duży orzeł z koroną. Niżej napis Polish Forces, dalej stopień, imię, nazwisko, przydział służbowy, data i miejsce urodzenia, data śmierci. Polskich grobów jest 438. Wśród nich z numerem 8-D-8 mogiła plutonowego Antoniego Witkowskiego. A z kolei Zbigniew Dunin-Wilczyński, historyk i publicysta, na którego także się powołuje uczennica z Szudziałowa, był w Iraku w 1993 roku i wówczas już - jak pisze - żaden nagrobek nie był zachowany. "Przewrócone, często popękane płyty. Również obelisk wysokości ok. 1,5 m, informujący o pochówku 438 żołnierzy polskich, 104 hinduskich i 3 Legionu Arabskiego, jest przewrócony. To efekt wojny irańsko-irackiej.

    Zachował się tylko obelisk na brytyjskim cmentarzu z mogiłami polskich żołnierzy w Bagdadzie. Na monumentalnej płycie, wykonanej z piaskowca wykute są nazwiska 438 Polaków pochowanych na cmentarzu w Khanaquinie. Widnieje tam też nazwisko Antoniego Witkowskiego.

    Wojna doświadczyła okrutnie także jego braci. Najstarszy Franciszek, zawodowy żołnierz piechoty, który w 1939 roku był już pułkownikiem, trafił do niewoli niemieckiej i został wywieziony do oflagu w Prusach. Dopiero po wojnie rodzina dowiedziała się, że nie żyje. Koledzy powiadomili żonę o okolicznościach śmierci. Okazało się, że jeszcze w grudniu 1939 roku jeden z Niemców wyprowadził go z baraku i zastrzelił w okolicznym lesie. Prawdopodobnie za to, że odmówił przyniesienia i ubrania choinki w domu tegoż Niemca.

    Zaś najmłodszy brat Henryk nie miał w chwili wybuchu wojny 18 lat i nie poszedł do wojska, ale został aresztowany przez Niemców. Przewieziony na Hel zginął w tajemniczych okolicznościach. Przyszła tylko depesza o zgonie, ale bez informacji o miejscu pochówku.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama