NASZE
    GALERIE

    Podróże wokół Białegostoku

    Rozwiń
    Ulica Zamenhofa kiedyś tętniła życiem i była znacznie...

    Ulica Zamenhofa kiedyś tętniła życiem i była znacznie dłuższa

    Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Ulica Zamenhofa około 1955 roku.  Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Ulica Zamenhofa około 1955 roku. Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Były tam sklepy, sklepiki, różne składy. I była znacznie dłuższa. Gdyby tak dziś Ludwik Zamenhof zjawił się na swojej ulicy, to ze zdumieniem stwierdziłby, że nie wie gdzie jest! Nic tu bowiem nie przypomina tamtej, z drugiej połowy XIX wieku.
    Ulica Zamenhofa około 1955 roku.  Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Ulica Zamenhofa około 1955 roku. Ze zbiorów Tadeusza Chańki.

    Mało tego. Nie ma na niej niczego co tworzyło, przez dwa i pół stulecia, charakter tego miejsca. Zmieniło się nawet to, że dzisiejsza Zamenhofa kończy się, nie wiedzieć czemu na przyblokowym, prozaicznym parkingu, a niegdyś dochodziła do Białki. Dalej można było przejść drewnianą kładką i przez wąskie przesmyki i zaułki, pomiędzy posesjami wyjść na Jurowiecką.

    Dziś na Jurowiecką, dawniej Pocztową, z Zamenhofa vel Zielonej, a jeszcze wcześniej Jatkowej nie ma żadnej drogi. No bo i czemu miała by ona służyć. Handlu na Jurowieckiej co kot napłakał, a na Zamenhofa to nawet i tego nie ma.

    Przed wojną Zamenhofa tętniła życiem. Zwarte pierzeje kamienic przetykane były typowymi drewniakami, a w nich wszystkich były sklepy, sklepiki, składy. Tradycyjnie szło się tutaj po mięso. Amatorzy drobiu mogli wybierać pomiędzy sklepikami Amila, Apsalmowicza, Kagana, Rutenberga czy Tartackich. Handel mięsem, oczywiście koszernym, zdominowała mieszkająca na Zamenhofa rodzina Linczewskich. Prawdziwą handlową sieć jatek prowadzili Manes, Jankiel, Mojżesz i Szachne Linczewscy. Ich drugim monopolem były koszyki, ale te sprzedawali w ratuszu. Śmiesznostką na Zamenhofa był sklep z wędlinami Chrześcijańskiej Spółdzielni Rzeźników. Funkcjonując w samym centrum żydowskiej dzielnicy reklamował się hasłem zapewniającym, że "kto raz tu kupi, stałym klientem będzie".

    Ale na Zamenhofa handlowano nie tylko mięsem i wędlinami. To była samowystarczalna ulica! Miała własne piekarnie, mleczarnię, oczywiście i kilka sklepów spożywczych, sklepiki z naczyniami, kamaszami i z czym tam jeszcze. Pod piątką można było stołować się w jadłodajni Liżyńskich, a wieczorami marzyć o przyszłych fortunach w herbaciarni Sendera Gelmana. Była nawet na Zamenhofa szkoła, prywatna, żeńska, której właścicielem był Szymon Fajnzylber. Mieściła się ona w pokaźnej, dwupiętrowej kamienicy Berty Mejłach pod 14. I właśnie tu, w nocy z soboty na niedzielę, z 9 na 10 lutego 1936 roku wybuchł wielki pożar. Następnego dnia stał się tematem niezliczonych komentarzy w całym Białymstoku.

    Berta Mejłach na swojej posesji, w podwórzu, miała budynki, które wynajmowała na składy. Swoje towary trzymali w nich Abram Spektor, właściciel sklepu spożywczego z artykułami kolonialnymi, Mejer Szyniak handlujący materiałami piśmiennymi, Jakub Frydman "robiący" w naczyniach kuchennych, Samuel Sorynow, sprzedawca koszyków.

    Pożar wybuchł o północy. Jak później ustalono palić zaczęło się na strychu, nad magazynem koszyków. Rozprzestrzeniający się błyskawicznie ogień zauważył obserwujący miasto w nocy strażak, dyżurujący na ratuszowej wieży. Natychmiast zawiadomił on jednostkę Białostockiej Ochotniczej Straży Ogniowej. Strażacy przybyli na Zamenhofa i tu okazało się, że nie mają wody. A tymczasem magazyny w najlepsze płonęły. Gdy wreszcie znalazła się woda, to dzielni strażacy zajęli się już tylko chronieniem sąsiednich budynków. Akcja trwała pięć godzin. W niedzielny ranek widok posesji pod 14 numerem był opłakany. Spaliły się wszystkie zmagazynowane towary. Zniszczone były też budynki.

    Wszystko wyglądało beznadziejnie, ale wśród mieszkańców Zamenhofa szybko zaczęły rozchodzić się wiele mówiące plotki. Okazało się bowiem, że wszyscy poszkodowani byli nieźle ubezpieczeni. Spektor zaasekurował się na 10 tys. zł, i na tyle samo wycenił swoje straty. Sorynow ubezpieczony był na 5 tysięcy, ale swoje straty oszacował na 8 tys.. Frydman, ubezpieczony na 60 tys. przezornie nie podawał wysokości swoich strat, podobnie jak i Szyniak, który ubezpieczony był na 20 tys. zł. Berta Mejłach swoje straty oceniła na jakieś 50 - 60 tys. i też była odpowiednio ubezpieczona. Nie trzeba było mieć intuicji Sherlocka Holmesa, aby całe, z pozoru nieszczęśliwe, zdarzenie połączyć z adresami wszystkich pogorzelców. Sorynow mieszkał na Zamenhofa 12, Szyniak pod 6, Spektor, Frydman i oczywiście Mejłachowa pod 14. Czyżby więc pożar był ukartowaną próbą wyłudzenia odszkodowania? Takie pytania zadawali sobie śledczy. A dziś na Zamenhofa co? Sennie i nijako.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama