NASZE
    QUIZY

    Sprawdź swoją wiedzę

    Rozwiń
    NASZE
    Zwiń

    Sprawdź swoją wiedzę

    Jeśli zastanawiałeś się nad zmianą zawodu, ale nie miałeś odwagi podejść do egzaminu, rozwiąż nasz test. Sprawdź swoje predsyspozycje

    Niezwykłe rzeczy i ich niezwykła historia

    Niezwykłe rzeczy i ich niezwykła historia

    Adam Czesław Dobroński adobron@tlen.pl

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Fragmenty śmigła od przedwojennego francuskiego samolotu "Potez”,  pamiątki po Henryku  Borysie z 5 pułku lotniczego w Lidzie

    Fragmenty śmigła od przedwojennego francuskiego samolotu "Potez”, pamiątki po Henryku Borysie z 5 pułku lotniczego w Lidzie

    Zrozumiałą ciekawość budzą zdjęcia z tajemniczymi przedmiotami, dokumentujące nadzwyczajne zdarzenia. Proponuję dziś takie właśnie dwie fotografie, a ponadto również osobliwą opowieść.
    Fragmenty śmigła od przedwojennego francuskiego samolotu "Potez”,  pamiątki po Henryku  Borysie z 5 pułku lotniczego w Lidzie

    Fragmenty śmigła od przedwojennego francuskiego samolotu "Potez”, pamiątki po Henryku Borysie z 5 pułku lotniczego w Lidzie

    Czy ktoś się domyśli, co widać na zdjęciach wykonanych przez Marka Jankowskiego? To fragmenty śmigła od przedwojennego francuskiego samolotu "Potez", pamiątki po Henryku Borysie z 5 pułku lotniczego w Lidzie, przechowywane przez krewnego Stanisława Popławskiego.

    Wisiały one na honorowym miejscu w gościnnym pokoju, a pod nim był zawieszony lotniczy kordzik. W pustych owalach widniały fotografie (od lewej): pana Henryka, eskadry w której on służył i jego brata Władysława.

    Pilot plutonowy Władysław Borys zginął tragicznie 17 września 1939 roku. Dostał rozkaz, by zbombardować niemiecką kolumnę zmotoryzowaną. Po starcie z lotniska polowego koło Lidy "Karaś" przeleciał nad miastem i niespodziewanie zapalił się w powietrzu.

    Zginęła cała załoga, a przyczyną był prawdopodobnie wybuch transportowanej bomby. Proszę popatrzeć, z jakim pietyzmem ozdobiono powierzchnię skrzydła i w jak dobrym stanie zachowała się ta cenność rodzinna.

    A teraz proponuję zapowiedziana opowieści. Przyznaję, że zrobiła na mnie duże wrażenie, dałem jej tytuł: "Zaskakujące pożytki z nauki historii". Wszystko zaczęło się od telefonu, zadzwoniła białostoczanka Mira Becker z Florydy. Ton głosu zapowiadał nowe emocje.

    To jest fantastyczne, ja bardzo dziękuję panu za książkę o Białymstoku. Tam znalazłam słowo Tylża i poczułam, że czas się cofa. Więc była zima, chyba czterdziestego drugiego, może trzeciego roku, trzeba było sprzątać ulice. Kto miał sprzątać, jak nie Żydzi z getta? Anyway, to nie było takie złe, mogłam na krótko zapomnieć o piekle gettowym i jeszcze coś przynieść do domu. To coś było jak skarb.
    Ja miałam układ z panią Kazuczyk z ulicy Sitarskiej. Pan już wie, że to była nadzwyczajna kobieta? Szykowała dla mnie mały szmugiel. A przecież wartownicy mieli nas na oku i kazali porządnie sprzątać.
    Czy to też pamięta pan, że byłam blondynką, całkiem wysoką i ładną. Że się chwalę? Może trochę, ale mi tak chłopcy mówili i śmieli się do mnie. Przepraszam, plączę lata, w getcie to już nie byłyśmy ładne i nie do śmiechu nam było. Ale włosy blond miałam.

    Wracam do skarbu, najbardziej to czekał na niego tatuś, namiętny palacz. Jak on się męczył, a ja go tak kochałam. No to przykryłam gwiazdę Dawida chustą i wskoczyłam na chodnik. Nikt nie krzyknął, nie strzelił. Szłam szybciej i szybciej, byle do pani Marii. A potem znów szybko, by wrócić do sprzątania. Może za szybko, może za lękliwie?

    Zatrzymał mnie jakiś drab niemiecki, zepchnął na ulicę, poprowadził na Gestapo przy ulicy Sienkiewicza. Zrozumiałam, że to koniec. Nie będzie skarbu, papierosów dla tatki, mnie też nie będzie.
    W pokoju siedział gestapowiec. Czy pan uwierzy, to był bardzo piękny, trochę starszy mężczyzna. Wstrętny mundur i taka nadzwyczajna twarz, oczy. Tak się nie mówi o śmiertelnym wrogu, ale on był naprawdę piękny i taki dystyngowany. Czy ja dobrze mówię? Ja chcę powiedzieć, że poczułam do niego szacunek. No, może trochę szacunku. To dziwne, ja nie wiem, czy pan mi uwierzy.

    - Czy ty wiesz, co to zrobiłaś? Ty nie masz żydowskiej gwiazdy! Tak zaczął ten gestapowiec. Nie krzyczał, mówił, więc odwagi mi przybyło i odpowiadam, że mam, tylko wiatr taki silny, zawiązałam chustkę, to gwiazda się schowała. Cisza. Co robić w taki ostatni czas? O czym myśleć?

    - A urodziłaś się w Białymstoku? To było ostatnie pytanie, jakiego mogłam się spodziewać w siedzibie Gestapo.
    - Tak, urodziłam się w Białymstoku - odpowiedziałam grzecznie i nie wiem, co mi przyszło w ten moment, by też zadać pytanie
    - A pan gdzie się urodził? - znałam z gimnazjum perfekt niemiecki. Zapytałam najgrzeczniej jak umiałam.
    - Ja urodziłem się w Tylży - odpowiedział. Wiesz, gdzie jest Tylża?
    - Wiem, tam był w 1807 roku podpisany układ cara Aleksandra z Napoleonem.
    - Hmm - poczułam, że on się zadowolił - a skąd wiesz o układzie w Tylży?
    - Bo ja lubiłam historię. Ja byłam ostatnia w klasie z matematyki i z fizyki, i z chemii, ale pierwsza z literatury i historii.

    Po co ja mu to mówiłam? Z nerwów? By trochę dłużej pożyć? Drżałam, bo powinien teraz otworzyć moją torbę, to była całkiem porządna torba. A w środku skarb: butelka oleju, jedzenie i te papierosy dla kochanego taty. Sprawa była jasna: brak widocznej gwiazdy Dawida, odłączenie się od grupy sprzątających, zakazany Żydom marsz chodnikiem i jeszcze przemyt. Cztery przestępstwa. O cztery za dużo.

    Gestapowiec nie kazał otworzyć mi torby. Nie zadał więcej pytań. Mogłam wrócić do getta. Żyłam!.

    Czytaj także

      Komentarze

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo