UWAGA!
    WYPADEK

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Rozwiń
    UWAGA!
    Zwiń

    Tragiczniejsze wypadki w Białymstoku

    Do śmiertelnych wypadków w Białymstoku dochodzi rzadko. Przypominamy te najtragiczniejsze

    Stanisław Cichocki Szpicbródka siedział w białostockim...

    Stanisław Cichocki Szpicbródka siedział w białostockim więzieniu. Naprawdę robił podkop pod bankiem.

    Włodzimierz Jarmolik

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Ekipie Szpicbródki zabrakło pieniędzy na zakup narzędzi do rozprucia kas pancernych

    Ekipie Szpicbródki zabrakło pieniędzy na zakup narzędzi do rozprucia kas pancernych ©fot. sxc

    Znany kasiarz przedwojenny Stanisław Cichocki, noszący przezwisko Szpicbródka, odsiadywał swój ostatni wyrok w białostockim więzieniu przy Szosie Baranowickiej. Dziś o głośnym skoku zuchwałego złodzieja, który doprowadził go za kratki.
    Ekipie Szpicbródki zabrakło pieniędzy na zakup narzędzi do rozprucia kas pancernych

    Ekipie Szpicbródki zabrakło pieniędzy na zakup narzędzi do rozprucia kas pancernych ©fot. sxc

    Wiosną 1928 roku Szpicbródka skazany został przez sąd warszawski na pięć lat ciężkiego więzienia za próbę pozbawienia Państwowych Zakładów Graficznych sumy 6 mln złotych. Pieniądze znajdowały się w skarbcu, pod który ludzie Cichockiego wyryli kilkudziesięciometrowy tunel. Ponieważ nie udało się zebrać przekonywujących dowodów winy samego kasiarza, sąd wyższej instancji uchylił zakwestionowany przez obrońców Szpicbródki wyrok. Złodziej znalazł się na wolności. Niemal od razu zaczął przygotowywać kolejną robotę.

    Tym razem król kasiarzy II RP postanowił zrobić podkop pod filię Banku Polskiego w Częstochowie. Złodziejskie przedsięwzięcie przygotował ze znawstwem i rozmachem. Najpierw zwerbował ekipę doświadczonych fachowców - kasiarzy. W jej składzie był m.in. Adam Stempel, znajomek Szpicbródki jeszcze z czasów carskich, z którym pruł on kasy w Moskwie i Petersburgu. Poza tym do pracy z mistrzem najęci zostali również znani na bruku warszawskim włamywacze: Marian Brzeziński i Nuta Woginiak.

    Szajka złodziei wynajęła wkrótce w Częstochowie lokal sąsiadujący z bankiem, w którym urządzona została pralnia chemiczna. Natychmiast też specjalna grupa "praczy" zabrała się do rycia podziemnego korytarza o wymiarach 75 na 75 cm.

    Ponieważ w częstochowskim banku zainstalowane były specjalne urządzenia alarmowe, Szpicbródka zadbał o współpracę z monterem, który zajmował się ich konserwacją. Ten, za znaczną dolę (25 tys. zł) zobowiązał się dopomóc w unieszkodliwieniu alarmu. Jednak przemyślany w najdrobniejszych szczegółach plan nie udał się. Tuż przed podjęciem ostatnich czynności Szpicbródce i jego wspólnikom zabrakło gotówki na drogi sprzęt, niezbędny do prucia kas. Ażeby zdobyć fundusze banda dokonała na początku kwietnia 1930 roku włamania do sklepu jubilerskiego w Warszawie, którego właścicielem był Edward Jagodziński. Skok przyniósł co prawda duży łup (ok. 150 tys. zł, głównie w kosztownościach), ale policja wkrótce wpadła na trop włamywacza.

    Po kolei ujęci zostali wszyscy członkowie szajki. Aresztowano również Szpicbródkę, który choć nie brał udziału osobiście we włamaniu do jubilera, posądzony został o kierowanie całą akcją. Przy zatrzymaniu Cichocki okazał się jak zwykle spokojny i elegancki, nie szamotał się i nie uciekał. Wyraził tylko zdziwienie, że władza ponownie interesuje się jego skromną osobą.

    Ponieważ w trakcie śledztwa w sprawie włamu do sklepu Jagodzińskiego, ustalono, że niektórzy z zatrzymanych włamywaczy nazbyt często ostatnimi czasy kursowali na trasie Warszawa - Częstochowa, policja postanowiła wyjaśnić tę zagadkę. Dopiero wówczas odkryto prawie gotowy podkop pod skarbiec tamtejszej filii Banku Polskiego. Szpicbródka znowu stanął przed sądem.

    Wielki proces kasiarzy warszawskich odbył się we wrześniu 1932 roku. Stanisław Cichocki chyba po raz pierwszy w swojej złodziejskiej karierze przyznał się, ale tylko do zamiaru okradzenia banku. Dowodził uparcie, że to on sam zrezygnował z dokończenia podkopu. Powodem miały być piętrzące się wciąż trudności. Uważał, że nie można go skazać za coś, czego nie popełnił.

    Warszawski Sąd Okręgowy był jednak innego zdania. Szpicbródka dostał najwyższy wyrok z całej szajki - sześć lat. Złożył się nań nie tylko podkop w Częstochowie, lecz również późniejsza ucieczka z więzienia (jesienią 1930 roku) oraz dokonanie w tym czasie udanego włamania do banku w Pabianicach. Ponieważ pierwotny wyrok, na skutek odwołań i apelacji jego adwokatów zmniejszony został o jedną trzecią, już w kwietniu 1936 roku przed królem kasiarzy znowu otworzyła się brama więzienna i wyszedł na wolność. Nie na długo jednak.

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Poranny.pl poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama